650 stron, książka jest moja, zamówiona była na Mikołaja, a dotarła po urodzinach (15/02)! 🙂
Warto było czekać, bo jest świetna. To historia 4 kobiet: Berty, Barbary, Violetty (przez V i dwa ‚t’) i Kaliny, wszystkie świetnie utkane i świetnie ze sobą splecione. Co jeszcze lepsze, życie trzech ostatnich toczy się w naszym rodzinnym mieście, czyli Wałbrzychu, więc kiedy jest mowa o poddaszu na Placu Górnika, miejsce pobytu Barbary, Violetty (jeśli akurat gdzieś nie uciekła) i Kaliny jest prawie namacalne.
Historia Berty jest związana z Sokołowskiem, czyli też rzut beretem od nas. Uroczy (i, niestety, prawdziwy) opis poniżej:
„Lekarze w Sokołowsku, które straciło dawną nazwę i splendor, ale nadal pełne było gruźlików, głowili się nad rentgenem Marii, (…). Mieli wielu pacjentów i niewiele środków, wszystko się sypało, a wciąż dosyłano im nowych kaszlących, którzy oprócz gruźlicy mieli płuca pełne węglowego pyłu i od dziecka jeszcze nigdy się porządnie nie najedli, ale często lubili wypić. Już nie leczono klimatem, choć ten pozostał niezmienny, górski i chłodny, bo pojawiły się antybiotyki, magiczne tabletki i zastrzyki, które stawiały na nogi nawet prawie umarlaków i to niezależnie od tego czy spacerowali po górach, czy nie, a część uwagi personelu musiała skupić się na tępieniu palaczy i alkoholików, niweczących starania lekarzy.”
Świetna lokalna saga, nie tak czarna jak ‚Ciemno prawie noc’ (dla tych co nie znoszą czarniejszej wersji Bator; ja akurat lubię każdą odsłonę :), cudne studium kobiet, które potrafią radzić sobie w każdych warunkach i naprawdę ze wszystkiego potrafią zrobić… przetwory.
Polecam 🙂
W bonusie jeszcze dwa urocze cytaty:
„Danuty Papugi, córki Genowefy, matki Joanny i babki Weroniki nic tak nie cieszyło, jak cudze nieszczęście, bo mimo wielu lat praktyki nie nabyła zdolności cieszenia się własnym.”
Jakież urocze i jakie polskie 🙂
I jeszcze:
„Baju, baju, będziesz w raju, a tam na niebiesko sraju.”
🙂