Minari

Reż. Lee Isaak Chung, 2021, kino z Iwoną (zaległe obchody moich urodzin, czyli + ciacho + kawa 😊)

Pisałam to już milion razy, ale uwielbiam to nasze małe niszowe kino, z jego szarym wnętrzem, żółtymi fotelami i (w razie braku miejsca na ‘cywilizowanym’ parkingu) przymus parkowania w slumsy-like miejscu, czyli Pocztowa Strasse 😊 (muszę kiedyś zrobić zdjęcie, wczoraj było słabo, bo było jasno i sucho, a miejsce nabiera w deszczowe, jesienne noce 😊).

I ten zapach. Jakbym miała zamknięte oczy i ktoś dałby mi do powąchania ten zapach, od razu bym zgadła: stare kino!

Kolejny film bardzo dotyczący naszych czasów, czyli lecimy za tym, żeby mieć więcej. Koreańska rodzina przenosi się z Kalifornii do Arkansas, bo marzeniem ojca jest stworzenie własnej farmy, która mogłaby stać się źródłem utrzymania rodziny (póki co on i żona pracują jako SEKSERZY, czyli, to make long story Short, zaglądają kurczakom w tyłki, żeby rozpoznać ich płeć i na tej podstawie je rozdzielają. Tak tak, praca życia…)

Rodzina nie jest zadowolona z przenosin, nie podzielają farma-entuzjazmu ojca i drażni ich lokum, w którym mieszkają, czyli wielka przyczepa na kółkach, wątpliwej jakości w dodatku. Żeby nie było nudy, do rodziny dołącza babcia z Jakby tego było mało, do rodziny dołącza nieco szelmowska babcia z Korei, moim zdaniem, po synku Davidzie druga najlepsza postać w tym filmie. Babcia sprawia wrażenie lekko…pierdolniętej?:), ale tyle jest w niej radości życia i entuzjazmu, że nie da się jej nie lubić. Babcia lubi świat i świat odpłaca jej tym samym.

Właśnie babcia wpada na pomysł, żeby zasadzić minari, czyli japońską pietruszkę, która wszędzie rośnie dobrze i jest dobra na wszystko i do wszystkiego można jej dodać.

Bardzo, bardzo ładny i ciepły film.

A już w połączeniu z nocną przechadzką po Pocztowej jest już naprawdę najlepszą formą obchodów zaległych urodzin 😊.

Polecam 😊