276 stron, Legimi
Jak pisałam już wcześniej, Małecki zachwycił mnie ‚Horyzontem’, ruszyłam przeto dalej.
Wychwalany przez wielu ‚Dygot’ jest zdecydowanie cięższy i przypadł mi do gustu mniej, choć nie mówię, że jest zły.
Jest to mocno poplątana opowieść o dwóch rodzinach: o Łabendowiczach i Geldach.
Jest w niej pies, który na imię Koń i koń, który na imię ma Pies. Jest i sowa – ta ma na imię Durna :).
Jeśli chodzi o bohaterów, to też, co jeden ciekawszy: jest albinos Wiktor Łabendowicz, za którym ugania się okoliczna ludność, wierząc , że zdobycie jego [podobno] szalenie leczniczych organów uleczy ich wszystkie choroby i zapobiegnie problemom, i jego brat, Kazimierz, który twierdzi, że ‚życie to jest jeden, kurwa, dygot’. Kazimierz w dygocie spędził sporą część swego życia, gdyż pił i to na grubo. Długo i często.
I nie tylko to:
„Do Krysi miał dwanaście kilometrów. Do Gieni osiem, ale Krysia miała większe cycki. Bardzo lubił też Anię, ale ją trudno było namówić do czegokolwiek poza rozmową, a akurat w rozmowie Kaziu specjalnie nie gustował.”
Jest fryzjer Dionizy, domniemany morderca, wskazany przez wariatkę Dojkę i jego chory syn, Jureczek.
Jest i Dojka, dla której od pewnego momentu jedyne, co się w życiu liczy, to fryz.
Generalnie jest to opowieść mało pogodna, szalenie w klimacie Twardocha mi się wydawała. Nie tryska z niej optymizm i nadzieja, raczej pokazuje właśnie ten wspomniany przez Kazimierza dygot.
Więc, kto ma ochotę za-dygotać, zapraszam serdecznie 🙂