Och, cóż to były za emocje i cóż to był za weekend :).
W sobotę miałyśmy z Kumpelką sunąć do innej Kumpelki, więc Kumpelka I przybyła do mnie już w piątek, bo w sobotę z rańca miałyśmy w planie wbieg na jedną górę, potem szybki prysznic i w drogę.
Miałyśmy jechać moim wozem, więc dzień wcześniej zatankowałam go elegancko do pełna i czekałam, cała gotowa, na sobotnie wojaże. Rano ruszyłyśmy z kopyta, żeby dojechać pod tą górę. W nocy nawaliło śniegu, więc dźwięk, który od ruszenia aż do punktu kulminacyjnego wydawał mój samochód łączyłyśmy z nazbieranym i zamarzniętym w nadkolach śniegiem właśnie. Nawet stanęłyśmy 2x, żeby sytuację obczaić, śnieg w nadkolach był, podwozie wyglądało ok – znaczy nic z niego nie zwisało, więc tłukący dźwięk tym mocniej powiązałyśmy ze śniegiem.
Dźwięk jednak nie cichł wraz z upływem drogi, co więcej, stawał się nawet głośniejszy, zadzwoniłam więc do [ogarniętego samochodowo] Kumpla, opowiedziałam mu o objawach i czekałam na diagnozę. W trakcie słuchania wariantów diagnoz moje lewe przednie koło odkręciło i poturlało na drugą stronę ulicy. I nagle wszystko stało się jasne :).
Przyczyną są, jak sądzę, opony wielosezonowe, które założono mi koło 2 lat temu i od tamtej pory nie były dokręcane. Nie wpadłam na to, że trzeba to sprawdzać :(.
No nic. Kolega przyjechał, zabrał nas, a laweta zabrała wóz. Teraz znów czekam, ale nie na diagnozę, a na wyrok od mechanika ;).
To pierwszy PIERWSZY RAZ.
Jak wróciłyśmy od Kumpeli II (wozem Kumpeli I, bo przecież nie moim;) uznałam, że muszę pójść pobiegać, bo po pierwsze 2 dychy się same nie przebiegną, a wczorajszy trening, jak pamiętamy, się nie odbył ;), a po drugie, moja głowa potrzebowała porządnego przewietrzenia. Ruszałam koło 15:30, wiedziałam, że będę w trasie jakieś 3h, było więc jasne że będę wracać nocą. Sama. Oczywiście, że biegam nocą sama (bo jak inaczej ogarniać bieganie w grudniu, kiedy noc to już 16:00? ;), ale zazwyczaj w takich sytuacjach latam oświetlonymi ulicami.
Tym razem trasa prowadziła przez [tym razem wyjątkowo;] nieoświetlony las. Ponieważ śnieg jeszcze się nie stopił, było miękko pod nogami, a światło czołówki fajnie oświetlało trasę. Nie było strasznie, tylko ultra spokojnie: las, zero wiatru, światełko i moje człapanie. Jakiś kilometr przed wybiegnięciem z rzeczonego lasu spotkałam kilku dżipiarzy w jeepach, którzy niemalże przecierali oczyska, kiedy wyłoniłam się z boru.
– Nie boi się pani tak sama po lesie biegać?
– Nie – rzekłam ja i kolejne 5 km poleciałam (dla odmiany;) nieoświetloną ulicą, bo jak trener napisał 20, to trzeba przebiec 20 i nie ma lipy :).
To drugi PIERWSZY RAZ.
Mam nadzieję, że póki co normę pierwszych razów mam wyrobioną.
Idę się zdrzemnąć, bom zasłużyła.
Dobranoc 🙂