Pawicą być

Jako, że Syn nasz stał się pierwszoklasistą, wzięłam niedawno udział w zebraniu rodziców. 

Ponieważ zebranie było po pracy i ponieważ było późno, każdy kiwał głową na wszystko, co pani mówiła, podpisywał ładnie wszystko, co było do podpisania oraz płacił, co było do zapłacenia i siedział cichutko jak myszka w bloku startowym, czekając aż pani da znak do biegu, mówiąc wyczekiwane ‚TO JUŻ WSZYSTKO’. 

Bylibyśmy wystrzelili z tej klasy o wiele wcześniej, gdyby nie jedna mama. Pani nauczycielce, bowiem, wymsknęło się zdanie, że ‚uczestniczenie w szkolnych kółkach będzie mieć wpływ na ocenę z zachowania’ i pani mama przez to wybuchła. Dalejże się tarzać, że jej syn reprezentuje szkołę z innego poziomu (gra w piłkę znaczy, w drużynie o poziomem o rok starszej/wyższej niż ta, do której chodzi większość chłopków z klasy mego Syna), że czy to znaczy, że jak on nie będzie w tych kółkach brał udziału, to będzie miał obniżoną ocenę i tyradkę w tym tonie pociągnęła przez jakieś 10 minut. 

Dość mnie to wkurwiło. Byłam ciekawa jak inni rodzice, odwróciłam się (siedziałam w I ławce) i zobaczyłam, że – jak miło – ich też to wkurwiło. Więc jedna mama się tarzała, a reszta siedziała ze zwężonymi oczami, bębniąc (w myślach) paluchami o stół. W końcu jakoś się ocuciła, przestała truć, zobaczyła nasze zwężone oczy, czego wynikiem było to, że jak płaciła, a pani zapytała ją o nazwisko, rzekła:

– Fezsztsgstsagh – wiedząc, że gdyby powiedziała swe nazwisko wyraźnie, każdy z nas, po zebraniu tym właśnie nazwiskiem nazwałby laleczkę voodoo.

Zebranie się skończyło, minęło kilka dni i wybrałam się z Synem na trening piłki (ten słabszy i lichszy, niż ten świetny i lepszy, na który chodzi tylko syn tej fajnej mamy). Treningi wyglądają tak, że przez 50 minut są ćwiczenia, a na koniec pan trener ustawia chłopaczyska w rzędzie, w celu strzelania karnych. Kto strzeli, staje na końcu rzędu, bo w nagrodę może strzelać jeszcze raz, kto nie strzeli – wychodzi do szatni się ubierać. 

Ostatnim razem Syn mój i jeszcze jeden chłopak strzelili karniaki po 3 razy. Więc ta druga mama drugiego Messiego:) i ja wchodziłyśmy do szatni ostatnie. Jakże bezcennym było wtedy wkroczenie do szatni jako te dwie pawice i rzucenie tryumfującego spojrzenia tejże tarzającej się mamie.

I jeszcze na koniec Syn (o niczym nie wiedzący), już przy wyjściu ze szkoły mówi: A wiesz mamo? Ten Adam (achaaaaa, Adaś, już go lubię:) to mówił, że tak dobrze gra i że strzeli tyle karniaków. I wiesz? Ani jednego nie strzelił. 

Wiem, wiem, Synku, pomyślałam sobie życzliwie. I szczerze z tego powodu boleję :):):)

Wiem, że pójdę do piekła, ale trudno 🙂

NRD welcome to

Mam kolegę w starym zakładzie, który gdy tylko się dowiedział, że biegam, ile razy wlazł do naszego biura, podchodził do mojego biurka, odsuwał mnie na krześle i wpatrując się w moje giry, zapytywał:

– Pokaż, masz już łydy jak enerdowska pływaczka?

Śmichy chichy, takie tam żarciki, sobie myślałam. 

 

Ale dziś, już w nowym zakładzie, maszerując sobie przez halę poczułam, jak portki lecą mi z tyłka, ale zatrzymują się na ŁYDACH. 

 

Jedyny komentarz, jaki mi się w tej sytuacji nasuwa to O NAJN :/.

Kawyyyyyyy!

Niedawno byłyśmy w magazynie odebrać długopisy. 

Wtedy właśnie zauważyłyśmy, że na półce, całkiem samotny i niezagospodarowany, leży ekspres. Do kawy, nie Orient 😉

Ekspresy posiada frontowa część biurowa naszego zakładu, jednak o dupie stronie zakładu (czyli o naszej:) nikt nie myśli, więc u nas expresu nie ma.

I tak fajnie, że w ogóle mamy prąd i wodę 🙂

 

Chwilę dumałyśmy jak by go tu z owego magazynu zagarnąć i dziś nastąpił atak. Była szybka ankieta, kto kawę pije, kto nie, następnie szybko zafałszowaliśmy dane, wpisując niepijących na listę KAWOSZ i dalejże słać maile, jacy to my bez kawy biedni i nieszczęśliwi 🙂

Zadziałało 🙂

Ekspres już błyszczy w naszej kuchni 🙂

Dziś, po raz pierwszy chyba, wszyscy z biur z naszego korytarza do kuchni się zleźli ekspres oglądać oraz próbować go składać, albo chociaż rzucać bezcenne rady (niczego palcem nie tknąwszy :).

W każdym razie było miło, tłoczno, wesoło i głośno. 

Już się znalazł chętny na kupienie kawy i od jutra będziemy prowadzić testy: CZY nam ta kawa smakuje oraz NA ILE nam starcza. 

Takie testy to ja lubię 🙂

Rozważań na nowym ciąg dalszy

W starym biurze wszyscy piliśmy kawę i klęliśmy jak szewce 🙂

I było mi z tym taaaaak dobrze. Taaaaaak miło. Normalnie jak w domu 🙂

 

Teraz, w biurze nowym, moje 2 koleżanki nie klną i nie piją kawy. 

 

Więc poranki zaczynam samotną kawą.

 

Póki co nie klnę jeszcze sama do siebie, ale pewnie zacznę. 

 

Bo jak ktoś, na przykład, otworzy plik i zauważy:

– ‚O! Chyba się coś nie zgadza’, to niby informacja jest i niby wiadomo, że trzeba poprawić.

Jakże jednak inny wydźwięk ma zdanie:

– Ej, chyba coś tu jest najebane!

 

Tęsknię za tego rodzaju przekazami i za wspólną kawą. 

 

Nie pozostaje mi nic innego jak przeciągnąć koleżanki na ciemną stronę mocy. 

 

Póki co pozostaje mi gorrrrąca linia telefoniczna:

– Halina!? Widziałaś maila?

– Widziałam. Niech spierdaaaaala.

 

Koleżanki będą się jeszcze musiały tak wiele nauczyć… 🙂

Maratończyk :)

W niedzielę mój Brat biegnie maraton we Wrocu. 

Przed chwilą sprawdziłam, jest elegancko na liście. 

Oczywiście jadę z nim i oczywiście będę cykać foty.

I oczywiście przeżywam to bardziej niż on, podejrzewam :). Może dlatego, że jak sobie ostatnio biegłam i przy 15 kilometrze miałam już NAPRAWDĘ dość to pomyślałam sobie, że jak się biegnie w maratonie, to po przebiegnięciu 15 jest jeszcze 25 do zrobienia, i sobie pomyślałam, że to jest jakaś masakra 🙂

Ja cię rzesz kręcę, ale się będzie działo!

Prze-flanc

A więc stało się – dawno zapowiadane przeflancowanie było nastąpiło.

Z przybytku starego do nowego, ze staroci w nowoczesność, w przyszłość i… co tam zawsze jest do kompletu? A! Innowacja. W ową, przeto, innowację także.

Na nowym, jak to na nowym – wszystko nowe i jeszcze nie do końca wiadomo gdzie, co i do czego.

Ale nic to – ogarniamy. 

Rzeczą, która przyprawiła nas o dreszcze, był wucet.

Póki co jest nas 3 baby.

Podobnie jak i w zakładzie [pra]starym, tak i tu miejsca nasze znajdują się w burakach, z dala od innych bab (oraz, generalnie, od ludzi).

Co ma swoje plusy, bo zanim ktoś przyjdzie truć dupę, dwa razy się zastanowi, czy na pewno musi, bo to daleko i generalnie się okazuje, że nie musi :).

Ale do rzeczy: w poniedziałek obczaiłyśmy mniej więcej teren i odkryłyśmy, że w naszej okolicy jest tylko JEDEN kibel. Znaczy, że będzie koedukacyjny. Jest to koedukacja przez duże KO, ścianki działowe między klozetami bowiem są zrobione chyba z bloku technicznego, a dodatkowo, dla lepszej akustyki i wrażeń zapachowych, klozety mają wolne przestrzenie u góry, jak również na poziomie gir. W bonusie jest jeszcze całkiem otwarty pisuar, można więc naoglądać się kolegów do woli. 

Udawszy się raz siku natrafiłam na pana, który akurat wpadł na dwójeczkę i po tej wizycie postanowiłam, że może jednak będę chodzić do damskiego kibla w innej części zakładu, oddalonego od nas o jakieś 15 kilometrów. Ale warto. Kto spotkałby tego pana w kiblu, potwierdziłby – WARTO.

Przeżywałyśmy w ciszy nasz WC-dramat, kiedy to pojawiły się panie sprzątające i wprowadziły w nasze życia dziką radość informacyją, że przecież HALO!, po drugiej stronie korytarza są drugie drzwi, zamknięte, ale nasze klucze do nich pasują, a za nimi, uwaga, DAMSKI KLOZET! Hurrrra! 🙂 Z oknem! Bez srających chłopów! 

No, no, no. I któż by pomyślał, że kibel może dać człowiekowi tyyyyyle szczęścia 😉

Najpierw powoli, jak żółw ociężale…

Z bieganiem jest tak, że czasem się wyjdzie i się leci jak ta, prawda, gazela.

Czasem jednak jest tak, że samo wylezienie z domu wydaje się megakosmicznie trudne, a ubiegnięcie każdego metra można porównać z ryciem kilofem na przodku, w kopalni. 

Ja tak miałam wczoraj. Było mi ciężko i biegłam jak ślimon. Przebiegłam 5km, a endziak też robił sceny i wszystkiego nie zaliczył (może też miał wczoraj zły dzień). 

W każdym razie i tak jestem z siebie dumna, że w ogóle z tego domu wylazłam. 

Bo baaaardzo dumałam czy to uczynić 🙂