A jednak :)

Niedawno wsparłam jedną akcję dzieciowo-pomocową.

Sprawa skomplikowana i kosztowna – jak to zazwyczaj bywa. 

Rodzicem dzieci jest osoba z mojej średniej szkoły, której nawet osobiście nie znałam. 

Ale zawsze wydawała mi się bardzo charakterystyczna, charyzmatyczna i zdumiewająca. 

Podziwiałam akcję, którą zorganizowała – chylę czoła, że zamiast siąść i płakać, a jest nad czym, się wzięła i zawalczyła. 

 

A dziś dosyłam esa, że CAŁA kasa uzbierana. 

Że jest szansa na zmianę, światełko w tunelu świeci 🙂

 

A jednak są dobrzy ludzie na świecie. 

Good to know 🙂

Przysłowia mądrością narodu :)

Pomyślałam, że powinnam ukazać światu rozmowę z mym Synem w całości, ażeby głębia przysłów stała się wyraźniejsza, co niniejszym czynię:

 

Jedziemy i rozmawiamy o pieniądzach. Syn rzecze:

– Dla ludzi to chyba najważniejsze są pieniądze. 

Nie chcąc od razu dziecięcia uświadamiać, próbuję wybielić nieco gatunek ludzki i mówię:

– Synu, chyba ważniejsze jest zdrowie. Bo nawet jak masz pieniądze, nie da się za nie kupić zdrowia.

– Nooooo – mówi po namyśle Syn – jest nawet takie przysłowie, wiesz?

– Uhm… – jakie? – pytam i się zastanawiam JAKIE? Poleci z Kochanowskiego ‚Szlachetne zdrowie…’ czy co?

Ja wciąż dumam, a tymczasem Syn spokojnie wychodzi z zapowiadaną wcześniej mądrością:

– Ten kto kłamie, ten ma krótkie nogi.

Czarne Mleko – Elif Şafak

Ciekawa, kobieca książka. O byciu matką i o emocjach z tym związanych.

Miło się dowiedzieć, że znana pani pisarka, Elif Şafak, też ma problem z tym jak ogarnąć bycie matką, żoną, jak nie porzucić swoich pasji na rzecz dziecka, jednocześnie dziecka nie zaniedbując.

Jak pogodzić bycie matką z byciem sobą.

Jak wygrzebać się z depresji poporodowej. 

Do kompletu poznajemy losy dzieciowo-partnerskie wielu innych znanych pisarek (które bardzo pięknie i mądrze pisały, ale w większości albo NIE chciały mieć dzieci, a jak już miały, to raczej NIE ogarniały tematu:), może niezbyt pro-rodzinno-macierzyńskie, ale na pewno bardzo ciekawe. 

Bycie matką, bowiem, to dość trudna sztuka.

I dla pań pisarek i dla reszty babek też.

JEDEN jest tą liczbą

Niedawno spotkałam kolegę.

Jakiś czas temu kolega ów wspominał, że jego żona jest w ciąży, więc obliczyłam, że od tamtego czasu zapewne są już posiadaczami micro-latorośli. 

Stosownie do sytuacji zagajam:

– Dajecie radę?

– Dajemy:)

– A poród spoko?

– Bez problemów:)

– A śpicie czasem jeszcze?

– Śpimy:) I na wakacjach byliśmy.

– O, i odpoczęliście trochę? 

– No! wzięliśmy sobie teściową do pomocy.

 

Z jednej słucham i cieszę się, że wszystko u nich dobrze, jednak druga, jadowa strona mej natury zapytuje uprzejmie: OK. A GDZIE JEST HACZYK?

I po jeszcze kilku zdaniach jak to jest świetnie i miło, kolega wypala:

NIE BĘDĘ MIAŁ DRUGIEGO!

 

GOTCHA! :):):)

Wyższy stopień porozumienia

Dziś odkryłam pewną rzecz. 

Być może działa się ona od zawsze, ale ja jej dotychczas co nie zauważyłam. 

Być może dlatego, że jak biegam po mojej dzielni, mało kogo usportowionego spotykam. Widuję głównie zwierzęta marki PIES, i z większością z nich nie zawieram przyjaźni. 

Ale do rzeczy. 

Wiem, że jak się łazi po górach, górołazy witają się z górołazami na szlakach. 

Wiem, że jak się jeździ na rowerze, rowerzyści z rowerzystami takoż się pozdrawiają. 

A ja dziś postąpiłam tak, że poszłam biegać (girami, w sensie) po ścieżce rowerowej. Bo jest ładna i prosta i ma 5 kilosów. Na ścieżce rowerowej, zupełnie niespotykanie, spotkałam rowerzystów. I ci rowerzyści mnię pozdrawiali. Oni, rowerzyści – mnie, biegaczkę.

No, no, no, kto by pomyślał 🙂

Bardzo to, w każdym razie, miłe 🙂

Palacz Zwłok – Ladislav Fuks

No, wakacyjna książka to to na pewno nie jest. 

Opowiada o czeskim pracowniku krematorium – Karolu Kopfringlu i jego przemianie, lub, o wyjściu na wierzch tego, co w jego wnętrzu od dawna siedziało i czekało na odpowiedni moment. 

Można by sądzić, że szanowny pan Kopfringl jest nieodbiegającym od normy obywatelem, pracownikiem, mężem i ojcem. Jeśli jednak przyjrzeć się wnikliwiej jego życiu, można dostrzec liczne ciekawostki. Na przykład ilość słodyczy w zwracaniu się do swoich bliskich. Jest to ten rodzaj cukrowania, który dawno minął tabliczkę NORMALNE. I jedzie dalej. Lub trwanie w nieustannej extazie nad pracą, użytecznością i funkcją krematorium w społeczeństwie, czego wyrazem był, na przykład, rozkład prac krematorium wiszący u państwa Kopfriglów w domu.

Postacie żony i dzieci Knopfringla nie są szczegółowo opisane, nie wiadomo więc czy dostrzegają, że z tatulem jest coś nie halo. Jednak pani Kopfringlowa pozwoliła zawiesić rozkład prac krematorium w domu, nie widziała w tym widocznie nic dziwnego. 

Dla mnie pan Knopfringl normalny zdecydowanie nie jest i obserwując go chwilę można przewidzieć, że jest w stanie czymś zaskoczyć. Oczywiście ciężko zgadnąć, że posunie się do tego, do czego się posuwa, ale w jego obecności trzeba zachować czujność.

Ciekawe studium przypadku. Choć ciężkie.

Pentagram – Jo Nesbo

I po raz kolejny Harry Hole pojawia się w moim życiu 🙂. Baaardzo lubię tego faceta. Chociaż pije. Ale to, co się dzieje w jego głowie, szczerze podziwiam.

 

Tym razem Harry śledzi obcinacza palców, nazwanego Kurierem Śmierci. Wskazówki, które zostawia zabójca, są perfekcyjnie dopracowane i przez to mało prawdziwe, twierdzi Harry. Przestaje się w nie wgapić i ‘odzyskawszy szerokie spojrzenie’ udaje mu się znaleźć rozwiązanie.  

Ale łatwo nie jest.

Jak zawsze jest akcja, są zawiłości, niepewności i psychologiczne komplikacje. Do tego nałóg Harrego. I jego uroczy kolega Tom Waaler.

Dzieje się.

 

Wielka to przykrość, że już tylko 2 części Harrego zostały mi do przeczytania.

 

Będę tęsknić.

Mentos the freshmaker

Dziś miałam prawie jak ta pani, co to jest taka wyluzowana, że wyłamuje sobie obcas w reklamie mentosów.

 

Ale do rzeczy.

 

Moja Sąsiadka mówi, że buty trzeba mieć porządne, więc czasem, zgodnie z jej zasadą, kupuję porządne.

Bywa jednak, że kupuję (zgodnie z moją zasadą:) nieporządne, jak na przykład sandały, które miałam dziś na girach.

 

Latałam w nich jak szalona do dziś, kiedy to usłyszałam podejrzany szur i klap w jednym. Spojrzałam na buciska i widzę, że jeden z moich sandałków dokonał klasycznego rozklapu. Podeszwa rozłożyła się praktycznie na pół. Drugi jest w stanie trochę mniej krytycznym, jednak i jego czas dobiega końca.

 

Oczywiście wszystko to zauważyłam w pracy.

 

Bardzo żałuję, ale nie mogę wyskakiwać z pracy po buty kiedy tylko zapragnę, musiałam przeto poszukać rozwiązań alternatywnych, rozklap chwilowo eliminujących.

 

Mam jedne buty w pracy, ale wielkie,  robocze, z blachą, więc do dzisiejszej temperatury i sukienki, którą wdziałam – nie bardzo.

 

Wyjść z pracy póki co nie mogę, a klapać przestać muszę, bo stracę me prostowane zęby i dopiero będzie.

 

Rozejrzałam się wokół i oko me natrafiło na zszywacz 🙂

Raz-dwa laczki pozszywałam.

Nie klapią!

Zszywki żrą trochę w nogę, ale nic to.

 

Tej pani z reklamy mentosa też się pewnie niewygodnie bez obcasa chodziło 🙂

 

PO PRZERWIE:

 

W chińskim sklepie kupiłam sobie nowe sandały. Nieporządne. Za 18 PLN.

Nie wiem co na to Sąsiadka 🙂



 

Grand Prix wyprowadzaczy z równowagi

Jak każdy, mam kilku faworytów, którzy skutecznie potrafią wyprowadzić mnie z równowagi w sekundę, jednak dziś zwyciężył kto inny.

Że tak się brzydko wyrażę, zwycięzca był SPOZA KRĘGU.

 

Ponieważ czasami robię zdjęcia i czasami je wysyłam, używam picasy, a że mam konto w googlu, moje zdjęcia ładnie tam siedziały (dalej siedzą:) i można je było fajnie udostępniać (prze link) i było miło i się z tym programem lubiliśmy i mnóstwo razy współpracowaliśmy, z wielką radością. 

Niestety, nastały złe czasy i przyszło nowe. Google, kurwa, PLUS. Przez długi czas skutecznie udawało mi się omijać owe cudowne nowości, ale parę dni temu żarty się ewidentnie skończyły i pokazała się strona z trupią czaszką mówiąca, że albo ten plus, albo w ogóle wybuch i armagedon. 

Z pianą na ustach zrobiłam co trzeba, żeby nadal przynależeć do świata linkowych udostępniaczy zdjęć, ale szło mi jak po gruzie, a jeszcze, kiedy co chwilę ktoś z moich zdjęciowych odbiorców pisał, że fotek zobaczyć nie może, uszami szedł mi dym (dym plus), ustami zaś stosowne do wydarzeń słowa.

Aż tu dziś w jakiejś zakładce wyczytałam, że można powrócić z tego plusa do starej wersji programu. 

Cudownie – pomyślałam i czempędzej opuściłam znienawidzony teren.

I gdy wniebowzięta weszłam w zakładkę ZDJĘCIA powitała mnie JEDYNA dostępna opcja, czyli DOŁĄCZ DO GOOGLE PLUS.

 

W tej sytuacji, doszłam szybko do wniosku, ukojenie moich nerwów mogła przynieść jedynie wizyta w lumpexie. Poszłam. Kupiłam sobie poszewkę na kołdrę (w domu zobaczyłam, że jest wyblakła, a Mąż dodał, że również brzydka) oraz 3 koszule dla Męża (jedna za duża, jedna z plamą, której nie zauważyłam, jedna dobra). Ukojenie nerwów w lumpexie wyrażone w procentach to jakieś 3-5%.

Na koniec dnia wybraliśmy się jeszcze całą rodzina na rowery. Pojechaliśmy w jakieś buraki/chaszcze, zgubiliśmy się, Syn się wywalił, i pożarły nas końskie muchy.

Miałam iść biegać jeszcze, ale dałam sobie spokój.

Dziś by mnie pewnie zeżarł jeden z tych psów, co to zawsze szczekają jak biegnę, a ich anemiczni właściciele wołaaaająąąąą: NIIIIC PAAAANI NIE ZROOOOOBI. 

Ta, kurwa, nic. Google plus też miał mi nic nie zrobić i o!