Marzenie spełnione

Moje marzenie, żeby pojechać na koncert Depeche Mode i przy Never Let Me Down Again machać łapami z całym tłumem spełniło się wczoraj w Pradze :).

Świetny koncert, świetny klimat i fani – oddani im bez reszty 🙂

I ta bezcenna chwila, kiedy Gahan wystawia do tłumu mikrofon, a kilkunastotysięczny tłum śpiewa – aż ciary przechodzą.

To jedna z tych chwil, która zostanie w głowie na zawsze 🙂

Rozum odebrany :)

Dochodzę do wniosku, że chyba odebrało nam rozum. Mnię i mojemu Mężowi – w sensie.

Zamiast na stare lata siedzieć w domu, uprawiać ogród i malować pejzaże akwarelami, my zapisaliśmy się na BIEG GLADIATORA, gdzie, między innymi,  w bagnach pokonuje się przeszkody, wspina się na różne ustrojstwa i tarza po ziemi. 

Nie wiem, czy po tym biegu jeszcze kiedykolwiek uda mi się odbudować wizerunek dostojnej damy, jaką, przecież, jestem 🙂

25

Lubię biegaczy 🙂

To wesoła grupa, która sama sobie zapłaci za to, żeby, na przykład, lecieć 25 km po górach, ciesząc się i na starcie i na mecie.

Dziś część moich znajomych biegła przedłużony półmaraton górski, bardzo radośnie, bo część trasy biegli we wściekłem słońcu, a potem w bagnie, bo przyszła burza. 

To nie dystans / trasa dla mnie, ale punkt 10:00 byłam na mecie, żeby wrzasnąć ‚powodzenia’ i cyknąć foto, bo ich lubię, krejzoli 🙂

 

Potem poszłam biegać sama.

Nie po górach, ale postanowiłam przebiec więcej jak 21,1.

W wozie technicznym jechał za mną/przede mną mój Mąż, dodając otuchy (lub wody :).

Dystans 25 km przebiegłam, część również w burzy, ale przecież trza być twardym, a nie miętkim.

Biorąc pod uwagę, że w piątek dygnęłam 3 dychy po górach na rowerze, a wczoraj zapierdalałam 5h w ogródku, jest bardzo dobrze :).

Zobaczymy co będzie jutro 😉

3 w 1

Kiedy wsiada się na rower po dłuższej przerwie, a jest się i rowerzystą i biegaczem i kierowcą, warto pamiętać o dwóch sprawach:

1) trzeba jechać PRAWĄ stroną, bo, co prawda, nie jest się samochodem, ale prawie,

2) hamulcem rowerowym NIE DA się wrzucić migacza, nawet jak się skręca (jednak zdarza mi się spróbować, tak zachęcająco odstaje 🙂

Reszty nie trzeba

Nasz słoik, do którego wrzucamy po zecie za przekleństwo, zdziałał cuda. Poziom naszego DRAMATYCZNEGO już przeklinania znacznie spadł, a z zebranej kasy dołożyliśmy sobie dychę do radia oraz 2 dychy poszły na nowe doniczki do biura (w końcu jest wiosna, czy nie?:)

To, że poziom przeklinania spadł nie znaczy, że zaprzestaliśmy procederu. My to przeklinanie mamy chyba na twardym zapisane i jak człowiek się na chwilę zapomni i polecą odzywki bezwarunkowe, to zaraz potem słychać w słoiku brzdęknięcia :).

Ale dziś nie o tym.

Ostatnio Olek przeklął, więc, posłusznie wstał i ruszył do słoja z dwuzłotówką. Nasz automat, wiadomo, wydaje resztę (trzeba sobie zet wygrzebać, jak się wrzuci dwójkę:). Wpadła więc dwójka i zaczął sie projekt RESZTA. Słoik nie jest zbyt duży, a paluchy Olka raczej są, więc sprawa nie jest łatwa. Słoik akurat znajdował się na moim biurku (przypadek), więc klepiąc na kompie jednym okiem podziwiam walkę kolegi. Mijają sekundy, minuta już pewnie pyknęła, tymczasem, w słoiku, bez zmian, 2 złote oraz paluchy Olka. Grzebie i grzebie i grzebie aż w końcu słuchać:

– Kurrrrrrrrrrrrrwa!

I już 🙂

Reszty nie trzeba:):)

37%

Niedawno podano w mediach, że tylko 37% naszych rodaków czyta książki. O, to miło, sobie pomyślałam, że się w owych procentach znalazłam 🙂

Moim zdaniem jedną z fajniejszych rzeczy w czytaniu książek, oprócz samego czytania, rzecz jasna, jest ich obieg. Wynikiem tego jest to, że nie chodząc do biblioteki, zawsze mam cały stos do przeczytania, bo jak się jest w grupie czytającej, to kiedy ktoś coś fajnego czyta, to zaraz mówi, że pożyczy i potem pożycza:). 

No a jak już się tego pożyczeńca przeczyta, to, przecież, trzeba go omówić koniecznie. 

Ostatnio miałam wesołą historię książkową, gdyż spotkałam mamę mej Sąsiadki w lumpexie. Owa mama to osoba, z którą pożyczamy sobie książki i ona mi ostatnio mówiła, że czyta Koftę (już przeczytała i zostawiła mi ją u Sąsiadki:) oraz mówiła, że próbowała czytać ‚Małe Życie’ Hanya Yanagihara. To ‚Małe Życie’ leży już wypożyczone u mej Matki Teresy (bo czasem daję jej listę książek, którą bym chciała przeczytać niekoniecznie je kupując i ona z tą listą leci do biblioteki i czasem coś się uda zdobyć:). Mama Sąsiadki powiedziała, że dobrnęła do strony 90-tej (z jakiś siedmiuset) i rzecz porzuciła, bo już nie mogła. 

Ale ja się i tak za to ‚Małe Życie’ zabiorę, ale nie teraz, bo czytam pożyczonego ‚Mock”a Krajewskiego, a potem będę czytać ‚My name is Sam’, bo przyjaciel mojej koleżanki, któremu zawsze kibicowałam we wszystkim co robi, choć osobiście się nie znamy, napisał książkę dostałam egzemplarz (z dedykacją:).

Zmartwił mnie więc fakt, że ‚Małe Życie’ ma 700, ja mam 2 książki do przeczytania przed nią i Teresa ma matka na pewno do tego czasu zwróci ją do biblioteki. Niepotrzebnie, okazało się, gdyż koleżanka Sąsiadki (tej, u której czeka na mnie Kofta:) ‚Małe Życie’ kupiła, przeczytała i u Sąsiadki na zawsze zostawiła :). Będzie na mnie czekać i będę sobie ja mogła czytać długo 🙂 Fajnie.

Kolejna w kolejce jest ‚Blackout’, też z cyklu przeczytana i zostawiona na zawsze, którą dała mi koleżanka z zaprzyjaźnionego działu, bo z inną koleżanką z tegoż działu wymieniamy sobie książki, które czytają nasze dzieci :).

Więc ruch w interesie jest. W 37% dokładnie 🙂