Ikabog – J.R. Rowling

J.R. Rowling (tak, tak!:)), 281 stron, książka jest moja, dostałam ją od Maryli na urodziny (oczywiście, że jest to bajka, a ja mam 43 lata, ale jest się fanką Rowling i Harrego Pottera, czy nie? 🙂

Książka jest (w pierwszej części zwłaszcza) poradnikiem, jak z pogodnego, bogatego i dobrze prosperującego kraju – Cornucopia, z cudownymi ciachami Hopes-of-Heaven z Chouxville i serami z Kurdsburga zrobić państwo ubogie, zastraszone i policyjne (does it ring any bell?) Czytając zastanawiałam się, czy przypadkiem nasi rządzący nie użyli jej jako poradnika, bo sporo rzeczy w zadziwiająco dokładny sposób się pokrywa).

Powodem upadku jest [podobno legendarny] stwór Ikabog, którego [podobno] widział król, (tchórz i lebioda), ale imię wybrał sobie sam, stąd brzmi ono Fred the Fearless oraz dwóch ‘przyjaciół-doradców’ króla: Lord Spittleworth i Lord Flapoon (chujki i złodzieje). Doradcy, wiedząc, że król jest lebiodą i idiotą, bardzo szybko wpadają na pomysł, jak zastraszając go (i resztę społeczeństwa) mogą się wzbogacić, nie robiąc wiele.

‚Lies upon lies upon lies. Once you started lying, you had to continue and then it was like being captain of a leaky ship, always plugging holes in the side to stop yourself sinking.’

Upadek Cornucopii postępuje szybko i po kilku latach kraj jest w totalnej rozsypce. Zaradzić temu postanawia czwórka młodych ludzi (nie mówię dzieci, bo dziećmi byli, kiedy upadek się zaczął, ale minęło już kilka lat i teraz są już nastolatkami), między innymi Daisy Dovetail i Bert Beamish, których rodzice (matka Daisy i ojciec Berta) padli, krótko mówiąc, ofiarami systemu.

Ponieważ to jest bajka, historia nie może skończyć się źle, ale co się dokładnie dzieje, przeczytajcie sobie sami. Ja wstawiam cytat i Ikaboga i lecę spać :).

‚Perhaps we go through a kind of Bornding* when we change, for better or for worse. All I know is that countries, like Ickabogs, can be made gentle by kindness, which is why the kingdom of Cornucopia lived happily ever after.’

Falowanie

W ubiegłą sobotę byłam na kolejnym [tajnym] koncercie domowym – fantastyczna sprawa, kto chadza, ten wie :).

Jednym z wykonywanych utworów utworów był ten o falowaniu i facet opowiadał jak powstał: otóż dzwonił do niego koleś, który uczył się surfować w Portugalii. Do pewnego momentu szło mu to bardzo słabo. Mówił (ten surfer), że dzieje się tak dlatego, że na początku wszyscy popełniają ten sam błąd: włażą do oceanu i są pewni, że zaraz go pokonają i ujarzmią.

Kiedy w końcu lądują i dociera do nich, że NIE, nie ujarzmią go i NIE, nie są silniejsi od niego i że mogą jedynie spróbować się z nim zgrać i falować w jego rytmie, wtedy surfowanie zaczyna im wychodzić.

I wiecie co, mówi nasz śpiewak, ja mam wrażenie, że to odnosi się też do sytuacji w której obecnie się znajdujemy: że też trzeba nauczyć się falować w rytm tych dziwnych czasów.

I mi się to bardzo spodobało: są obecnie [mocno wkurwiające] sprawy, z którymi nie wygrasz i wicie i tarzanie się niczego nie daje, oprócz utraty energii i wkurwu wijącego się. ALE można spróbować zafalować w rytm tego jak jest – takim sposobem istnieje większa szansa na wyciągnięcie fajnych momentów z gównianego czasu 😊.