Książkę pożyczyła mi jedna z moich nowych koleżanek z pracy, mówiąc, że to o takiej babce, która też sobie tak jak ja różne rzeczy planuje.
Więc wzięłam i przeczytałam.
Co ciekawe, rozszerzenie przetłumaczonego na polski tytułu brzmi ‚Albo dlaczego cały rok śpiewałam o poranku, sprzątałam w szafach, kłóciłam się jak należy, czytałam Arystotelesa i dobrze się bawiłam’, sugerujący że projekt zakończył się sukcesem.
W oryginalnej wersji rozszerzenie brzmi ‚Or why I Spend a Year TRYING to Sing in the Morning, Clean My Clothes, Fight Right, Read Aristotle, and Generally Have More Fun’, co oznacza, że kobita jedynie PRÓBOWAŁA wszystko to robić, czyli raz się udawało, a raz nie, część poszła ok, a część – nie.
Przychylam się do rozszerzenia w oryginalnej wersji.
Książka jest o pani, która postanowiła, że spróbuje w rok zrobić coś, żeby być szczęśliwszą. Generalnie jest szczęśliwa i zadowolona z życia, ale ma wrażenie, że biorąc pod uwagę życie, które wiedzie, i jego fajność, za mało je docenia.
Każdego miesiąca skupiała się na czymś innym (np. STYCZEŃ – zastrzyk energii, KWIECIEŃ – rozchmurz się) i z czymś innym walczyła.
Oczywiście, jest to raczej poradnik (co to ja ostatnio pisałam? Że nie lubię poradników?:) Ale ten dostałam do przeczytania, nie wzięłam sama, więc się nie liczy), więc nie do końca wszystko mi w nim pasowało, jednak znalazłam w nim sporo ciekawych rzeczy.
Mój Mąż zawsze mówi, że mnóstwo prawdy jest w banałach, które wszyscy powtarzamy, ale nikt o nich nie myśli i nikt nic z nimi nie robi. Na przykład to, że nie można zmienić drugiego człowieka. Można zmienić tylko swój stosunek do niego. Jakie proste, a jak trudno to zrobić. I proste powiedzonko ‚Trudno być łatwym, łatwiej być trudnym’.
Kobitka, rzeczywiście robi niektóre rzeczy tak jak ja (albo ja – jak ona:), na przykład nie zostawia jednominutowych czynności na potem. Jeśli każdy dokument, który dostaniesz włożysz sobie od razu do odpowiedniej skrzyneczki, za miesiąc nie czeka cię czterogodzinny armagedon w postaci porządków w dokumentach. Albo nie trzyma w domu ubrań, w których nie chodzi (ona – bo miała bałagan, ja – bo mam małe mieszkanie – stosuję zasadę one in, one out – kupuję sobie jedną bluzkę, to jedną wyrzucam).
Nie zgodzę się natomiast co do kwestii trudności projektów – chodzi o maraton. Pani twierdzi, że jak ktoś przygotowuje się do maratonu, to jak go przebiegnie, to już ma zaliczone i może przestać, bo rzecz jest zrealizowana i zaliczona. A projekt SZCZĘŚCIE trzeba realizować całe życie (próbować – według oryginału).
Podejrzewam, że jest bardzo niewiele osób, które zaczęły przygotowywać się do maratonu i po jego przebiegnięciu biegać przestały. Po pierwsze, przygotowania do maratonu nie trwają tydzień. Żeby przebiec 42 kilosy trzeba trenować, nikt ‚z marszu’ (spoza Kenii:) tyle nie przebiegnie, więc człowiek wyrabia sobie nawyk biegania (bez nawyku jest dupa). Po drugie, (sama mam plan przebiec w przyszłym roku półmaraton, więc mam wyobrażenie) wyjść z domu 3 razy w tygodniu i biec samemu od 40 minut do 1,5h nie jest znów tak banalnie łatwe. Myślę, że nawet powstrzymanie się od mówienia ‚spierdalaj’, nawet jeśli bardzo chcę, żeby ktoś to zrobił jest łatwiejsze od wyjścia i biegnięcia. (Zwłaszcza dla mnie bo ja bardzo lubię kląć i niezwykle często to czynię:).
Podsumowując – można coś z tej książki dla siebie wyciągnąć (ominąwszy stanowozjednoczone bzdety, gdyż pani jest z USA).
Na wakacje lektura jak znalazł 🙂