Linia Życia – Jodi Picoult

Książka dobra na wakacje: nie trzeba się za bardzo skupiać na wątku ani za dużo myśleć 🙂

Historia problemów matkowo – dzieciowych głównie, poruszająca problem bycia matką, ciężaru i obowiązków z tym związanych i kwestia radzenia sobie ze sprawą. Miejscami ciekawa, miejscami mocno harlequinizująca. 

Opowiada o dziewczynie (Paige), którą matka opuściła, gdy dziewczyna miała 5 lat. Ojciec starał się nadrobić strady, ale wiadomo, że ojciec ojcem i matką nie będzie. Po licznych perypetiach, wzlotach i upadkach Paige zakłada swoją rodzinę i tu musi się zmierzyć z żyjącym w niej brakiem matki, z chęcią ucieczki, z obowiązkami i z przegrywaniem z pracą męża.

Można przeczytać, ale oczekiwać cudów – nie 🙂

Prace badawcze

Prace badawcze w naszym nowo wyremontowanym pokoju wykazały ostatnio, że:

a) da się otworzyć w komodzie wszystkie szuflady na raz, 

b) gdy się to zrobi, komoda się przechyla, i przygniata otwieracza, a jedna z szuflad na baniaku otwierającego nabija guza,

c) dodatkowo, gdy komoda się przechyla, zjeżdża z niej nowy telewizor i robią się na nim rysy. 

 

Zdecydowanie jestem za prowadzeniem tego typu badań POZA domem. 

Nie zawsze jednak jest to brane pod uwagę.

Szopka – Zośka Papużanka

Spodobało mi się od razu, że imię autorki to Zośka, takie żywe i krótkie, a nie Zoooosia jakaś rozlazła.

I do tego w notatce o autorze ‚(…) ma dwóch synów, tańczy flamenco, czyta po nocach i bardzo jej w życiu dobrze.’

I jeszcze z tego samego roku co ja. Same plusy 🙂

‚Szopka’, to opis przecudnie, prrrawda, rodzinnego domu. Z uroczymi osobowościami, jak wrzeszcząca matka, dla której sentencją życia jest stanie nad garami, jak nieodzywający się ojciec, przez władczynię garów kompletnie zahukany, jak zahukana, do kompletu, młodsza córka i, ażeby dodać familii smaczku, Maciuś, syn starszy, w fazie początkowej tyran i oprawca, następnie darmozjad i pijak.

Książka po brzegi wypełniona jadem, fantastycznie złośliwymi opisami, które w dramatycznie dokładny sposób oddają prawdę o ludziach takich jak bohaterowie ‚Szopki’, których wciąż wokół mnóstwo.

Rzecz i pod kątem słowa, jak i tematyki wydała mi się podobna do ‚Piaskowej Góry’ Joanny Bator, co mnię, tym bardziej, do lektury zachęcało:

‚Nie wiadomo jak to się stało, a stało się, że nieświadomy Shakespeare’a Maciuś nadał swoim córkom imiona Wioletta i Sylwia. Córki były drobne i kruche po matce, ciemnookie i ciemnowłose po Maciusiu i pyskate po babce. Genetyka.’

lub

‚- Wigilia, wigilia i po wigilii – stwierdziła, podnosząc się z krzesła i zbierając pełne rybich ości talerze. – Już was widziałam. Możecie se iść. Kolędowania nie będzie, bo jestem głucha.’

Takowe dzieła uwielbiam.

Serdecznie, przeto, polecam.

Łowcy Głów – Jo Nesbo

Jestem na wakacjach, mam czas, mam spokój – więc czytam 🙂

Tę książkę też pożyczyła mi koleżanka z pracy, ale, w przeciwieństwie do poprzednio opisywanej książki, stara. Znaczy nie koleżanka jest stara, tylko nasza znajomość 🙂

Pięknie skonstruowana historia. Bohaterowie, jakich lubię, czyli silne osobowości, każda dość mocno odbiegająca od normalności.

Rzecz dotyczy headhuntera, który dodatkowo trudni się kradzieżą obrazów. Uważa siebie za króla łowców głów i ma pełne do tego prawo, bo ma prawie wszystko, co taka osoba mieć powinna – wszystko oprócz wzrostu. I króluje sobie do czasu spotkania równego sobie.

I tu zaczyna się prawdziwa akcja, z licznymi zwrotami, ze zdziwieniami podnoszącymi brewkę do góry i niemożnością odłożenia książki na później.

Pękła w 2 dni.

Nesbo daje radę.

Polecam.

Projekt Szczęście – Gretchen Rubin

Książkę pożyczyła mi jedna z moich nowych koleżanek z pracy, mówiąc, że to o takiej babce, która też sobie tak jak ja różne rzeczy planuje.

Więc wzięłam i przeczytałam.

 

Co ciekawe, rozszerzenie przetłumaczonego na polski tytułu brzmi ‚Albo dlaczego cały rok śpiewałam o poranku, sprzątałam w szafach, kłóciłam się jak należy, czytałam Arystotelesa i dobrze się bawiłam’, sugerujący że projekt zakończył się sukcesem.

W oryginalnej wersji rozszerzenie brzmi ‚Or why I Spend a Year TRYING to Sing in the Morning, Clean My Clothes, Fight Right, Read Aristotle, and Generally Have More Fun’, co oznacza, że kobita jedynie PRÓBOWAŁA wszystko to robić, czyli raz się udawało, a raz nie, część poszła ok, a część – nie.

Przychylam się do rozszerzenia w oryginalnej wersji.

Książka jest o pani, która postanowiła, że spróbuje w rok zrobić coś, żeby być szczęśliwszą. Generalnie jest szczęśliwa i zadowolona z życia, ale ma wrażenie, że biorąc pod uwagę życie, które wiedzie, i jego fajność, za mało je docenia.

Każdego miesiąca skupiała się na czymś innym (np. STYCZEŃ – zastrzyk energii, KWIECIEŃ – rozchmurz się) i z czymś innym walczyła.

Oczywiście, jest to raczej poradnik (co to ja ostatnio pisałam? Że nie lubię poradników?:) Ale ten dostałam do przeczytania, nie wzięłam sama, więc się nie liczy), więc nie do końca wszystko mi w nim pasowało, jednak znalazłam w nim sporo ciekawych rzeczy.

Mój Mąż zawsze mówi, że mnóstwo prawdy jest w banałach, które wszyscy powtarzamy, ale nikt o nich nie myśli i nikt nic z nimi nie robi. Na przykład to, że nie można zmienić drugiego człowieka. Można zmienić tylko swój stosunek do niego. Jakie proste, a jak trudno to zrobić. I proste powiedzonko ‚Trudno być łatwym, łatwiej być trudnym’.

Kobitka, rzeczywiście robi niektóre rzeczy tak jak ja (albo ja – jak ona:), na przykład nie zostawia jednominutowych czynności na potem.  Jeśli każdy dokument, który dostaniesz włożysz sobie od razu do odpowiedniej skrzyneczki, za miesiąc nie czeka cię czterogodzinny armagedon w postaci porządków w dokumentach. Albo nie trzyma w domu ubrań, w których nie chodzi (ona – bo miała bałagan, ja – bo mam małe mieszkanie – stosuję zasadę one in, one out – kupuję sobie jedną bluzkę, to jedną wyrzucam).

Nie zgodzę się natomiast co do kwestii trudności projektów – chodzi o maraton. Pani twierdzi, że jak ktoś przygotowuje się do maratonu, to jak go przebiegnie, to już ma zaliczone i może przestać, bo rzecz jest zrealizowana i zaliczona. A projekt SZCZĘŚCIE trzeba realizować całe życie (próbować – według oryginału).

Podejrzewam, że jest bardzo niewiele osób, które zaczęły przygotowywać się do maratonu i po jego przebiegnięciu biegać przestały. Po pierwsze, przygotowania do maratonu nie trwają tydzień. Żeby przebiec 42 kilosy trzeba trenować, nikt ‚z marszu’ (spoza Kenii:) tyle nie przebiegnie, więc człowiek wyrabia sobie nawyk biegania (bez nawyku jest dupa). Po drugie, (sama mam plan przebiec w przyszłym roku półmaraton, więc mam wyobrażenie) wyjść z domu 3 razy w tygodniu i biec samemu od 40 minut do 1,5h nie jest znów tak banalnie łatwe. Myślę, że nawet powstrzymanie się od mówienia ‚spierdalaj’, nawet jeśli bardzo chcę, żeby ktoś to zrobił jest łatwiejsze od wyjścia i biegnięcia. (Zwłaszcza dla mnie bo ja bardzo lubię kląć i niezwykle często to czynię:).

Podsumowując – można coś z tej książki dla siebie wyciągnąć (ominąwszy stanowozjednoczone bzdety, gdyż pani jest z USA).

Na wakacje lektura jak znalazł 🙂

Nadmorska analiza gryzoni

Nasz pożarty przez jakieś nadmorskie robale Sąsiad ogląda swe ciało i mówi:

– Kurde! Bym się czymś posmarował, ale nawet nie wiem CO mnie użarło. Wiem tylko, że to było to coś nad morzem, tam pełno tego lata.

– Może mewa? – pyta życzliwie Sąsiadka

 

Uwielbiam ten typ analiz.

Jak było w tym kawale ‚ podoba mi się pani tok rozumowania’ :):):)

Listy 1956 – 1978 – Lem Mrożek

Księgę (700 stron) pożyczyła mi Maryla, zachwalając, że zawiera mnóstwo jadu i rozważań motoryzacyjnych.

A że ja, wiadomo, z branży automotive, to trzeba się zapoznać.

No i listy przecież same w sobie, które od zawsze uwielbiam i które od lat piszę. Oczywiście absolutnie nie tak oralnie piękne, ani (gdzież by tam) tak mądre jak wspomniani autorzy, ale zawsze 🙂

Szczytem listowej głupoty w mym życiu (muszę się uzewnętrznić) były lekcje polskiego w liceum, na których pisałyśmy do siebie z Marylą. Maryla na pozycji gorszej, w I ławie siedząca, i ja, w lepszej, w ławie drugiej. Konkurs polegał na tym, ażeby napisać maksymanie kretyński wierszowany utwór i podać go odbiorcy. Zadaniem odbiorcy było zapoznanie się z rzeczą, nie buchnąwszy przy tym rechotem, co więcej, z kamienną twarzą potakiwanie na wiedzę przez nauczycielkę podawaną. Setna zabawa, serdecznie polecam.

Ale do rzeczy:

 

Dzieło, zaiste, wielce radosne.

Jednak ponieważ panowie Lem i Mrożek mądrymi chłopakami są, nie jest to lektura z cyklu plażowych, przy której można robić 11 innych rzeczy, nie tracąc ni na chwilę wątku. Trzeba się skupić i nad czytanymi słowyma myśleć.

Lektura jednakowoż bardzo zajmująca – panowie oprócz dzieł literackich swoich i cudzych, opisują również codzienne życie, z problemami tamtych czasów, ze wszystkimi radościami i smutkami.

A to, jakich słów używają, ażeby sprawy te opisać, czystą jest poezyją.

Z owych listów Mrożek wydaje się być dość humorzastym ponurystą. Natomiast Lem mnie urzekł. Takimi na przykład wstawkami:

‚Widzę ja, że głupstwa straszne piszę, ale, raz, schamiałem roli, i to dawno już się stało, dwa, fibrami swymi dusza moja nie czuje drgań Twojej duszy, bo tak paskudnie i długo nic Ci nie pisałem, a trzy, że ja zawsze byłem tępawy, tylko od czasu do czasu nieźle potrafię udawać, że nic podobnego.”

 

Więc serdecznie polecam.