Książkę pożyczyła mi pani od niemieckiego i chyba ją, przy okazji, nieco przereklamowała.
Zaczęłam czekać na cud, który, jednak, się NIE zdarzył 🙂
„Małżeństwo we troje” to zbiór kilku opowiadań. I o ile pierwsze, „Dwóch panów z Brukseli” mi się podobało, bo miało w sobie to coś, była i akcja i oczekiwanie i uczucia i zaskoczenie, tak im dalej – tym średniej.
Pozostałe wydały mi się zbyt… łopatologiczne? Mam na myśli to, że autor na 40 rożnych sposobów stara się pokazać rzecz, którą widać już po pierwszej wskazówce. Pan się przewrócił i leciała mi krew. I bolało go (wiem). I cierpiał (wiem). I był smutny (wieeeem!). I naprawdę mu w ten dzień nie poszło.
HALO, miałam ochotę powiedzieć, panie Schmitt, WIEEEEM!
Opowiadanka jednak napisane są zgrabnie, i czyta się je szybko. Nawet w systemie praca – dom – biegi – grabienie liści da się spokojnie ogarnąć owe 250 stron w tydzień.
Książki nie odradzam, na lubimyczytac.pl jest wiele opinii, gdzie ludzie piszą, że są nią zachwyceni.
A cud, być może w tej książce jest, tylko moja głowa niekoniecznie jest na odpowiednim etapie cudowności, żeby to odkryć 🙂
Muszę coś jeszcze pana Schmitta przeczytać. „Małe Zbrodnie Małżeńskie” mi się podobały, więc wynik jest ZBRODNIE + i MAŁŻEŃSTWO -.
Trzeba coś z tym zrobić 🙂