W tym roku po raz pierwszy jesteśmy rodzicami pierwszoklasisty i pierwszy raz przeżywamy ferie.
Ferie są wdechową sprawą, jeśli ma się 40 dni niewybranego urlopu lub, a najlepiej i, 40 tysiaków na zbyciu.
Jeśli z wymienionych powyżej faktorów posiada się tylko I, plus jedyna dostępna babcia poooo-szła w długą, jest troszkę słabiej.
Ale ogarnąć, wiadomo, trzeba.
Na kilka feriowych dni plan jest, ale co począć z resztą, żeby dożyć ich końca?
Kluczem do sukcesu okazał się być kolega z klasy. Mieszka nieopodal, co jest bardzo niespotykane, gdyż my mieszkamy w dupie:), a jego rodzice chyba też mają tylko I z wymienionych wyżej ferioistycznych udogodnień :).
Chłopcy z klas sportowych bowiem, przebywając w domach, nie zużywają tyle energii co na 6h WFu w szkole i energia w nich skumulowana bucha z nich wszelkimi tymi ujściami, które rodzic chętnie by widział zamknięte/zasklepione/zamurowane i zabite deską.
Kiedy więc rodzic zostanie z takim osobnikiem sam, energia bucha na rodzica. Jeśli znajdziemy drugiego buchającego energią delikwenta do kompletu, energią buchają na siebie nawzajem i za swoje moją oni, nie rodzic, o co od początku toczy się gra :).
Wczoraj postanowiłam odciążyć mego Męża, który spędził z uroczymi chłopcami 2 naprawdę wspaniałe dni 🙂 i jechał już na rezerwie.
Plan mój był taki, żeby dwie 7-letnie cholery zmęczyć. Najpierw poszliśmy na okoliczną górę. Liczyłam, że po tym będą zmachani i będzie luz.
Nie. Całą drogę biegli + wrzeszczeli, naparzali się kijami i obsypywali trocinami. Zbiegliśmy z tej góry tej góry w dość eleganckim czasie i brudni jak nieboskie stworzenia polecieliśmy na pizzę. Następnie udaliśmy się do domu, gdzie spadku energii widać wciąż nie było. Były bajki, było rysowanie oraz papierowe samoloty i konkurs lotnictwa zakończony wylotem maszyn z balkonu.
Energia wciąż była.
Kurwa – zadałam sobie pytanie – co jest?!
Ostatnim podpunktem na ów dzień był trening piłki nożnej, na który obaj, dzięki Bogu, chodzą i wtedy w swe szpony wziął ich trener.
Po piłeczce zabrałam ich z szatni i pomalutku posnuliśmy się do samochodu.
W drodze do domu w wozie panowała cudowna cisza.
YES 🙂
To mamy z trenerem po punkcie 🙂