200% normy

Jak, zapewne, każda matka miewam takie dni, kiedy próbuję zrobić WSZYSTKO w tym właśni dniu.

Na przykład w sobotę mój Syn miał turniej nogi o 9:00, więc, wiadomo, musiałam go zawieźć. Moglibyśmy wyjechać pół godziny później, ale że synowe korki były w szkole, a nie w domu, trzeba było wyjechać pół godziny wcześniej. Wybiegliśmy więc o 8:00.

Ponieważ w zeszłą sobotę siedziałam z nim na wcześniejszej serii meczy i prawie zamarzłam uznałam, że tym razem zrobię coś pożytecznego, i w czasie jego meczów zerwę się i pójdę pobiegać. Był to durny pomysł, bo w piątek byłam na crossficie po 4 tygodniach przerwy ruszałam się więc opornie i wszystko mnie bolało. Ale że przycisk JA NIE PRZEBIEGNĘ? miałam włączony, to poszłam.

Ubrałam się więc w strój biegowy, a do torby wrzuciłam wściekle kolorowe portki, białą bluzkę i pomyślawszy sobie, że z białymi balerinkami będzie to supermodny strój, pognałam, chwyciwszy jeszcze w biegu apaszkę w motyle. Bo bez względu na ilość zadań w dniu MODA musi być 🙂

Odstawiłam Syna na mecz i ruszyłam na biegi. 

Po biegach plan był taki, że z meczu zabieram Syna i jego kumpla, jedziemy do mojej mamy przebrać się, a ja – wykąpać, zjeść obiad i ogień na Festiwal Gier organizowany w zamku w naszym mieście. Wszystko szło zgodnie z planem. JEDNAK, kiedy zaczęłam się ubierać u mojej mamy okazało się, że nie mam tych białych balerin, co to miały dopełniać stroju, więc muszę iść w moich butach biegowych, które oczywiście są cudowne, jednak ‚stonowanie’ i ‚spokój’ zdecydowanie NIE są przymiotnikami, które je opisują. Ubrałam się więc do końca w chustę w megakolorowe motyle, do tego wściekle wzorzyste portki oraz popierdolone asiscy.

Zerknęłam na siebie w lustrze i doszłam do wniosku, że w zasadzie pozostaje mi tylko przyczepić do bani sztuczny kwiat (oczywiście do tej nieogolonej części). Druga myśl była taka, że mój ubiór odzwierciedla to, co dzieje się w takich dniach w moim mózgu.

Poprawiłam więc tylko motyle i poszliśmy 🙂

Wymyk

Niedawno w biurze: słuchamy jak Olek rozmawia przez telefon i nie dowierzamy.

 

Jakiż on grzeczny! Jakiż kulturalny! (Oczywiście do odłożenia słuchawki 😉

 

– Uuu, jakiś ty grzeczny przez telefon – stwierdza Karol.

– Ja ZAWSZE jestem grzeczny przez telefon – mówi Olek.

– Przez telefon ja też zawsze jestem grzeczny – mówi Karol.

– Jasne – komentuję ja – niedawno, na przykład słyszałam, jak grzecznie komuś przez telefon doradziłeś, żeby nie szukał chuja do dupy.

– Oj tam. Wymsknęło mi się…

 

Jasne. Każdemu się może zdarzyć 😉

Łebki od Szpilki – Agnieszka Szpila

Pierwszy raz w życiu zdarza mi się taka sytuacja, że znam autora książki osobiście :).

Szpila chodziła ze mną do szkoły. Nie jest to moja bliska znajoma, ale zdarzyło nam się zamienić kilka zdań w życiu :). A Marta Gąsiorowska, której na końcu książki dziękuje, i mnie uczyła polskiego 🙂 (och, och, ileż to mamy wspólnego, mój Ty Jezusie 😉

Szpila w szkole była taką osobą, której ciężko było nie zauważać. Ona tam BYŁA, w 200%, artystka, pisarka, czerwonousta performerka – taką ją pamiętam za szkoły.

 

Wiedziałam, że ma bliźniaki, wiedziałam, że pisuje tu i ówdzie, wiedziałam też, że w planach jest książka, więc jak pojawiła się w księgarni natychmiast poleciałam kupić i natychmiast przeczytałam. 

Pierwszą moją myślą po skończeniu było: skąd ludzie biorą TAKĄ siłę? Jakim cudem udaje się ciągnąć wszystko to, co ją spotkało, nie dyndnąwszy gdzieś na gałęzi w międzyczasie? I do tego latać po zdrową żywność, uprawiać ogródek i jeszcze się czasem umalować? 

Historia jest generalnie mało wesoła i gdyby nie pisał jej wulkan energii i pomysłów, nastój owej byłby zbliżony do Trenów Kochanowskiego, lub gorzej. Bo zostać sama z dwójką ‚skaleczonych neurologicznie dzieci’, jak nazywa swoją Helkę i Milenę to jest dramat. Z takim dramatem jednak można sobie poradzić (w co wciąż jest mi ciężko uwierzyć) i ona opisuje jak to zrobiła. 

Chylę czoła i trzymam za nią kciuki, bo to, co zrobiła, to jest dla mnie bohaterstwo z najwyższej półki.

A książkę szalenie polecam.

Bo nawet chujowo zaczynające się historie mogą kończyć się dobrze 🙂

Historia drutu retencyjnego i bilansu zysków i strat

Dawno, dawno temu postanowiłam być 1) piękna i 2) mieć najpiękniejsze zęby na świecie.

 

Z tych dwóch projektów udało mi się zrealizować ten z zębami, (jedynka jest wciąż na liście TO DO :), a to przez aparat, który sobie założyłam.

Nosiłam go 2 lata, uzyskawszy zęby proste, w przeciwieństwie do poprzednio posiadanych – krzywych. 

Po zdjęciu aparatu pon dochtor włożył mi w szczękę dolną DRUT RETENCYJNY, czyli zęby dolne, te krnąbrniejsze, w pozycji przyzwoitej trzymający.

Drut ów nosiłam w paszczy lat DWANAŚCIE! :), aż w tym roku, kiedy jadłam jabłko w podśnieżkowej Jelence – wypadł. 

 

Wielce mnię to zadziwiło, głównie dlatego, że pierwszą moją myślą było SKĄD, KURWA, W JABŁKU DRUT!

Na szczęście w miarę szybko wylądowałam i wtedy popadłam w zadumę: co dalej będzie z mym życiem? 😉

 

Najpierw wybrałam się do lokalnego ortodonty opowiedzieć o mojej przygodzie, ale owa pani powiedziała WON do swojego macierzystego ortodonty, tom poszła. 

Śmiesznie wybrać się do ortodonty po 12 latach przerwy, ale dobra :). Pan doktor wciąż przyjmuje we Wrocu, w budżecie przeznaczyłam więc na ową wizytę 200, mając nadzieję, że obędzie się bez dopłat, i pomknęłam. 

Dochor zajrzawszy do mej paszczy powiedział dwie ważne rzeczy, że no more drut (jupi:) i, co najważniejsze, że NIC NIE PŁACĘ. 

Jak to NIC? 🙂

Co w takim razie z dwoma stówkami, które zostały na niego przeznaczone?

Musiałam sobie jakoś poradzić. Szybko kupiłam 2 pary butów i torebkę, bilans się zgodził i mogłam spokojnie wrócić do domu.

 

Ach, ten ciągły nadzór nad finansami może człowieka wykończyć 😉

 

Jasna strona mocy

Miałam kiedyś Pentaxa K-200, którego kochałam bardzo.

Niestety, około roku temu zaprzestał zapisywania zdjęć na karcie.

Diagnoza brzmiała: uszkodzenie elektroniczne w urządzeniu do zapisu.

Pożegnałam go przeto i kupiłam sobie identycznego używańca.

Znów go pokochałam 🙂

Przez rok nasza współpraca układała się cudownie, do 2 maja bieżącego roku, kiedy to mój drugi Pentax uznał, że dość już nazapisywał zdjęć na karcie i wystarczy i procederu zaprzestał. 

Więc 2 i 3 maja zdjęcia na majówce robiłam sprzętem pod tytułem Samsung Mini S3 (kurwa).

I wtedy się ściekłam 🙂

I zdecydowałam, że dość już używańców i nie będą mi niezapisane zdjęcia pluły w twarz i że kupię sobie nowy, cudowny, zdjęcia zapisujący. 

I czekam 🙂

W środę ma przyjść 🙂

Mój nowy, BIAŁY, Pentaxio K-50.

A że jest wiosna, pewnie znów się zakocham :).

Zaklinacz czasu – Mitch Albom

Nie wiem co myśleć o tej książce.

Być może jest fajna, ale to raczej nie mój typ. 

Czyta się ją dobrze i jest tam zapewne jakieś szalenie głębokie przesłanie, ale jakoś go chyba nie odkryłam.

Trzeba się cieszyć z czasu, który się ma, nie stękać i dobrze go wykorzystać – tyle wyczytałam.

 

Jeśli ktoś był pod wrażeniem Alchemika, pewnie będzie zachwycony.