Jak, zapewne, każda matka miewam takie dni, kiedy próbuję zrobić WSZYSTKO w tym właśni dniu.
Na przykład w sobotę mój Syn miał turniej nogi o 9:00, więc, wiadomo, musiałam go zawieźć. Moglibyśmy wyjechać pół godziny później, ale że synowe korki były w szkole, a nie w domu, trzeba było wyjechać pół godziny wcześniej. Wybiegliśmy więc o 8:00.
Ponieważ w zeszłą sobotę siedziałam z nim na wcześniejszej serii meczy i prawie zamarzłam uznałam, że tym razem zrobię coś pożytecznego, i w czasie jego meczów zerwę się i pójdę pobiegać. Był to durny pomysł, bo w piątek byłam na crossficie po 4 tygodniach przerwy ruszałam się więc opornie i wszystko mnie bolało. Ale że przycisk JA NIE PRZEBIEGNĘ? miałam włączony, to poszłam.
Ubrałam się więc w strój biegowy, a do torby wrzuciłam wściekle kolorowe portki, białą bluzkę i pomyślawszy sobie, że z białymi balerinkami będzie to supermodny strój, pognałam, chwyciwszy jeszcze w biegu apaszkę w motyle. Bo bez względu na ilość zadań w dniu MODA musi być 🙂
Odstawiłam Syna na mecz i ruszyłam na biegi.
Po biegach plan był taki, że z meczu zabieram Syna i jego kumpla, jedziemy do mojej mamy przebrać się, a ja – wykąpać, zjeść obiad i ogień na Festiwal Gier organizowany w zamku w naszym mieście. Wszystko szło zgodnie z planem. JEDNAK, kiedy zaczęłam się ubierać u mojej mamy okazało się, że nie mam tych białych balerin, co to miały dopełniać stroju, więc muszę iść w moich butach biegowych, które oczywiście są cudowne, jednak ‚stonowanie’ i ‚spokój’ zdecydowanie NIE są przymiotnikami, które je opisują. Ubrałam się więc do końca w chustę w megakolorowe motyle, do tego wściekle wzorzyste portki oraz popierdolone asiscy.
Zerknęłam na siebie w lustrze i doszłam do wniosku, że w zasadzie pozostaje mi tylko przyczepić do bani sztuczny kwiat (oczywiście do tej nieogolonej części). Druga myśl była taka, że mój ubiór odzwierciedla to, co dzieje się w takich dniach w moim mózgu.
Poprawiłam więc tylko motyle i poszliśmy 🙂