Historia drutu retencyjnego i bilansu zysków i strat

Dawno, dawno temu postanowiłam być 1) piękna i 2) mieć najpiękniejsze zęby na świecie.

 

Z tych dwóch projektów udało mi się zrealizować ten z zębami, (jedynka jest wciąż na liście TO DO :), a to przez aparat, który sobie założyłam.

Nosiłam go 2 lata, uzyskawszy zęby proste, w przeciwieństwie do poprzednio posiadanych – krzywych. 

Po zdjęciu aparatu pon dochtor włożył mi w szczękę dolną DRUT RETENCYJNY, czyli zęby dolne, te krnąbrniejsze, w pozycji przyzwoitej trzymający.

Drut ów nosiłam w paszczy lat DWANAŚCIE! :), aż w tym roku, kiedy jadłam jabłko w podśnieżkowej Jelence – wypadł. 

 

Wielce mnię to zadziwiło, głównie dlatego, że pierwszą moją myślą było SKĄD, KURWA, W JABŁKU DRUT!

Na szczęście w miarę szybko wylądowałam i wtedy popadłam w zadumę: co dalej będzie z mym życiem? 😉

 

Najpierw wybrałam się do lokalnego ortodonty opowiedzieć o mojej przygodzie, ale owa pani powiedziała WON do swojego macierzystego ortodonty, tom poszła. 

Śmiesznie wybrać się do ortodonty po 12 latach przerwy, ale dobra :). Pan doktor wciąż przyjmuje we Wrocu, w budżecie przeznaczyłam więc na ową wizytę 200, mając nadzieję, że obędzie się bez dopłat, i pomknęłam. 

Dochor zajrzawszy do mej paszczy powiedział dwie ważne rzeczy, że no more drut (jupi:) i, co najważniejsze, że NIC NIE PŁACĘ. 

Jak to NIC? 🙂

Co w takim razie z dwoma stówkami, które zostały na niego przeznaczone?

Musiałam sobie jakoś poradzić. Szybko kupiłam 2 pary butów i torebkę, bilans się zgodził i mogłam spokojnie wrócić do domu.

 

Ach, ten ciągły nadzór nad finansami może człowieka wykończyć 😉