Sprawa wygląda tak:
Jeśli startuje się w jakimś płatnym biegu, zazwyczaj dostaje się koszulkę.
Koszulki te są różne, ale w większości przypadków coś im w nich nie gra, więc je wyrzucam, albo komuś oddaję.
Jednak na nocnej połówce wrocławskiej dawali koszulki cudne. Białe i mięciutkie.
I chociaż jeden uczynny kolega, który odbierał nam pakiety wziął nam rozmiar ‚L’, udało się je wymienić na ‚S’ i naprawdę były wdechowe.
Pamiętam, że przyniosłam ją do domu, pamiętam, że włożyłam na półkę z rzeczami sportowymi, co się z nią stało potem – nie wiadomo.
W każdym razie – nie ma.
Dupa.
Amba.
Gówno.
Oczywiście żadna z tych, które mi się nie podobały, nigdy się nie zgubiła.
Ale ja wciąż wierzę, że ona gdzieś jest. I że się znajdzie.
KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE 🙂