Jedzie pociąg z daleka

Och, och, w jakim to ja sławnym mieście mieszkam 🙂

Szanowni Państwo, witamy w MIEŚCIE ZŁOTEGO POCIĄGU 🙂

Jestem nieco zadziwiona informacjami w mediach. Nie tym, że pociąg się u nas znalazł, ale tym, że są to wieści POZYTYWNE po raz pierwszy.

Zazwyczaj kiedy podawane są wiadomości z kraju jest na przykład tak: „W Szczecinie powstał nowy ogród różany, Poznań otworzył sieć miejskich wypożyczalni rowerów, a w Wałbrzychu w biedaszybie ziemia przysypała 2 osoby”.

Do tego w Wałbrzychu nakręcili „Sztuczki” oraz „Komornika” (oba bardzo dobre zresztą), jednak po obejrzeniu których ludzie raczej nie pragną spędzić wakacji w naszym mieście. A jak ktoś na dokładkę przeczytał „Ciemno prawie noc” Batorowej, to już nawet do granic województwa dolnośląskiego się nie zbliży.

A tu nagle taka niespodzianka: jest pociąg i jest złoty. 

Znajomi z Wałbrzycha mieszkający w UK donoszą, że uwierzyć nie mogą, że czytali o swoim rodzinnym mieście w Guardianie :).

Teraz tylko czekać aż ZZ Top zmieni słowa piosenki z Viva Las Vega na Viva Wałbrzych 🙂

🙂

Odmładzająca moc zielonej herbaty

Mam taką jedną sukienkę z Primarka, w której postanowiłam zadać szyku w robocie przy piątku.

Szło mi całkiem dobrze do momentu, kiedy to zadzwonił Kiero, a ja, tryknąwszy kablem w kubek, wylałam na siebie herbatę. Całą. Zieloną. Na szczęście nie gorącą. 

Z biurka obok nadeszła odsiecz i sytuacja została dość sprawnie opanowana.

Sytuacja na biurku i na podłodze, bo sukienka wciąż była mokra. Na szczęście jednak została wykonana z wysokiej klasy sztuczniaków, więc a) nie było widać na niej plamy, b) dość szybko wyschła. Można by w niej nawet biegać, dochodzę do wniosku.

Ale do rzeczy.

Najpierw na korytarzu (idąc w tej mokrej sukience) spotkałam kolegę, który powiedział, że pięęęęknie wyglądam.

Ale to jeszcze nic.

Po południu pojechałam odebrać Syna z półkolonii i babcia jednego z chłopców, rzuciwszy na mnie okiem, rzekła (sukienka już była sucha:): tak młodzieńczo pani wygląda, że ciężko uwierzyć, że jest pani mamą któregoś z chłopców. A pani syn chyba jeden z najstarszych z grupy, prawda?

Prawda. 

Mogłam jej poradzić, żeby przed wyjściem po wnuki też oblała się zieloną herbatą, wzięli by ją za mamę chłopców, nie za babcię 🙂

Bo zielona ma moc 🙂

Pielgrzym – Terry Hayes

W lecie czytanie idzie mi słabiej, bo latam, bo ogródek, bo ciepło, bo wszystko :).

A jak już ściągnę do chaty i próbuję czytać przed zaśnięciem, to po 3 stronach już śpię :). 

 

Jednak ‚Pielgrzyma’ czytało się elegancko.

Jest to kryminał, więc jest morderstwo, jest specjalny agent, jest tropienie, jest pokrętne myślenie, żeby wpaść na to, co wykombinował Saracen. 

Dobrze napisane. 

Może końcówka z lekka rozmemłana, ale generalnie akcja toczy się wartko i lektura szalenie wciąga. 

Warto 🙂

 

Bejzbol czy dzwonek?

Jadę sobie ostatnio rowerem po ścieżce rowerowej [a to ci niespodzianka].

Piękne popołudnie, wiaterek powiewa, jeszcze nie wiem, że zgubiłam bluzę, która mi spadła z bagażnika, mknę więc i życie jest piękne.

Z daleka widzę idącą po owej ścieżce grupę bab, większość jest grubych, a rozstawiły się tak, że się za nic nie przecisnę.

Do tego jest piesek, którego smyczka rozciągnięta jest po przekątnej od baby-właścicielki do przeciwległego krańca ścieżki, więc nawet jeśli jakimś cudem ominęłabym baby, zginęłabym zaplątana w ową smyczkę. 

Nie chcąc powodować zamieszania zwalniam, zbliżam się do nich i kulturalnie zgłaszam:

– Przepraaaszam!

Na co odwraca się jedna z grubych bab i [nie] kulturalnie pyta:

– A dzwonek gdzie!

 

W dupie, gruba babo.

Bejzbol sobie zamiast dzwonka przyczepię i żarty się skończą.

WSTĘP WZBRONIONY

Kupiliśmy Synowi na urodziny trampolinę. 

Wyjazd do babci był jednak od dawna planowany, więc trampolina musi zostać na chwilę sama.

Ponieważ Syn nieco dygał, że jak tylko opuści domostwo, całe hordy ludzi będą się zakradać i do utraty tchu hopsać na owej hopsalni, w związku z czym zostawił mi następującej treści wytyczne: 

Teraz wszytko jest jasne 🙂

GPS vs sołtysowa

Historia dzieje się w Bieszczadach.

Mieszkaliśmy w Strzebowiskach. Faceci, którzy wynajmowali pokój w tej samej agroturystyce, a których regularnie spotykaliśmy w kuchni,  powiedzieli nam, że próbowali dość na Jasło bez szlaku. Że poczytali w internecie jak się idzie, filmiki na youtubie pooglądali, że wzięli telefony z GPSem, że poleźli do  lasu, że GPSy im się zdupiły i do dupy trafili, a nie na Jasło :).

I nas projekt NA JASŁO BEZ SZLAKU szalenie zaciekawił.

Jednak my zdecydowaliśmy się na metody konwencjonalne. 

Najpierw zapytaliśmy panią z naszej agroturystyki czy zna drogę.

– Nie znam – rzekła pani – ale sołtysowa zna. Idźcie do niej, ona wam powie. 

 

Droga na Jasło tak czy siak prowadziła w górę wsi, czyli obok domu sołtysowej, więc poleźliśmy.

Zadzwoniliśmy do drzwi, ukazała się w nich the sołtysowa, więc natychmiast zeznaliśmy co nas sprowadza. 

Sołtysowa rzekła:

– Pójdziecie tam (tu nastąpił wskaźnik ręczny), dojdziecie do drogi, którą zwożą drewno, przejdziecie ją i dalej w górę. Traficie, prosta droga.

Musicie skręcić tam, gdzie kończy się asfalt (jak w Wąchocku ;), między dwoma płotami. Potem w lewo i w lewo.

 

Ruszyliśmy więc wedle wytycznych: gdy asfalt się skończył poszliśmy między płotami, potem w lewo i w lewo i minęliśmy tą drogę, którą zwożą drewno i wiecie co? 🙂 Trafiliśmy 🙂

Morał z tej wycieczki jest taki, że GPS nie ma żadnych szans z sołtysową. Bo GPS w lesie się gubi, a sołtysowa – nie 🙂