Nadejście jesieni i zaczarnianie się dni nie jest moją ulubioną porą roku.
Na szczęście w tym roku wrzesień był cudny, a i w ostatni, wyszarpany październikowi weekend, pomykałam jeszcze na rowerze w koszulce z krótkim rękawem (ha!).
Nie zmienia to jednak faktu, że październik jest miesiącem bolesnym, gdyż w tym miesiącu przypada przegląd mego wozu oraz wykup ubezpieczenia (absolutny hit jesieni, jak dla mnie, każdej ;).
Żeby nie było nudno, w tym roku kończy mi się również dowód i paszport i też muszę wszystko w październiku ogarnąć, bo wszystko się, kurwa, kończy (szkoda, że nie październik).
I jak dziś rano tak strasznie lało, wysiadałam z wozu i jedną ręką trzymałam drzwi, żeby nie trzasnęły w samochód obok, gdyż wiało dość wściekle, a drugą parasol, dzięki czemu prawie odfrunęłam jak Mary Popppins, to sobie pomyślałam, że trochę chujowa ta jesień.
Ale co było robić, jakimś cudem mnie nie zdmuchnęło i do roboty poszłam.
Kiedy wychodziłam z pracy pogoda była już zupełnie inna i świeciło słońce i były szalenie zdjęciowe chmurki i gdyby tak polaryzacyjnym dziś zarzucić, to każde zdjęcie na wystawę.
Jak się wychodzi z pracy, jesień ZAWSZE wydaje się fajniejsza niż ta sama jesień rano, a jak do tego świeci słońce, to już nawet można ją [okresowo] polubić.
A do mnie jeszcze pan strażnik dziś zawołał:
– Halo, proszę pani! Ktoś dla pani prezent zostawił! Ale nie powiem kto i koniec – rzekł, wręczył mi prezent i zniknął.
Zaglądam – książka. Zaglądam bardziej – książka Chujowej Pani Domu 🙂 No cudny to prezent przecież 🙂
A jednak nie jest ta jesień taka najgorsza 🙂
P.S. Gwiazdorze Październikowy – namierzam Cię 🙂