332 strony
podtytuł I: uczyłam dzieci północnokoreańskich elit
podtytuł II: kulisy najbardziej przerażającego reżimu świata widziane oczami kobiety z zachodu
Książkę pożyczyła mi Renatka
Wielce interesująca lektura!
Może dla nas, którzy żyliśmy w dość podobnym systemie, nie jest AŻ TAK szokująca, wciąż jednak wiele rzeczy zadziwia. U nas [chyba] nie było aż tak źle.
Jest to opowieść Koreanki (z Korei Południowej), która w Pjongjangu uczyła studentów PUST angielskiego.
Rodzice Suki Kim wyjechali do USA, kiedy ona miała 9 lat, większość życia spędziła więc tam. Udało jej się wmieszać w grupę misjonarzy i zakwalifikować się do grupy profesorów na tej uczelni.
Korea Północna to jest więzienie, i to koszmarne. Ludzie tam są odcięci od wszystkiego: od informacji, od przyjaźni, bardzo często również od prądu i, jak się mi wydaje, od życia – takiego, jakie na przykład my wiedziemy. Słuchają i gadają na okrągło TYLKO o panach Kim Ir Senie, Kim Dzong Ilu oraz o Kim Dzong Unie. W TV mają 3 programy nadające informacje wyłącznie o tych panach, w książkach, które są dostępne są informacje głównie o tych panach, piosenki, które śpiewają, są TYLKO o tych panach.
Nie ma własnych poglądów, nie ma wolnej myśli, nie ma przebywania gdziekolwiek samemu, nie ma wychodzenia tam, dokąd się chce w czasie, kiedy się chce. Na uczelni studenci są dobierani w pary (odgórnie!) i wszystko zawsze muszą robić w tych parach. Czasem nawet chodzą za rękę lub trzymają się za rękę na zajęciach! 🙂
Dodajmy do tego gówniane, jednostajne jedzenie, zimny kampus i sale wykładowe oraz permanentną inwigilację i w zasadzie mamy komplet.
20-letnim facetom nie mieście się w głowach, kiedy ona mówi im, że ma ponad 100 kanałów w TV i że płaci rachunki przez internet i że zwiedziła mnóstwo krajów. Kompletnie nie jarzą, co to jest internet, a informacje, które się tam znajdują, to już zupełnie jest dla nich kosmos (jak wszystko w zasadzie).
Z drugiej strony, wszyscy nieustannie wychwalają swój kraj, jaki to jest wspaniały (we wszystkim), a Ameryka jaka chujowa. Szkoda gadać – przypadek beznadziejny. Dezinformacja, w której żyją ci ludzie przekracza wszelkie wyobrażenie.
(Ale i u nas pomalutku suniemy w tą stronę. Obecnie mamy, największą od 20 lat, bezczynność zawodową wśród kobiet. Och! A to dlaczego? Czy może te kobiety, zachwycone 500+ siedzą w domu, w pieluchach i garach i nie interesują się niczym ponad to, a ci, którzy pragną wprowadzać zmiany robią to systemem małych kroczków? Te kobity siedzące w domach nie interesują się raczej polityką i raczej nie będą za tym, żeby rządy sprawował ktoś, kto pieniążki by im zabrał, nie? Jak się kapną (jeśli w ogóle), o co kaman, może być już za późno). Dezinformacja rulez!
Co wesołe, jest w tej książce kilka odwołań do Harrego Pottera, którego, jak wiadomo czytam z wypiekami na twarzy, na przykład: „W niektóre wieczory, kiedy kroki studentów niosły się echem po długich, ciemnych korytarzach, czułam się prawie jak w filmie o Harrym Potterze, w jakimś ponurym zakątku zamku Hogwart.”
Suki Kim przebywa wśród misjonarzy, którzy, choć przybyli z krajów normalnych i teoretycznie otwartych na wiedzę i informacje, mają swoje halo (skądinąd i nam BARDZO dobrze znane). Udało się, jakimś cudem, wyprosić, żeby na koniec roku puścić studentom, uwaga, Harrego Pottera i Więźnia Azkabanu. Suki Kim pisze: „W tym, co dla mnie było popkulturą, misjonarze widzieli herezję. (…) Wydawało się jednak dziwne, że Bóg nie lubi Harrego Pottera, ale pozwolił, by historia o nim rozprzestrzeniła się po świecie w prawdziwie rekordowym tempie”.
Książkę polecam i polecam też interesowanie się tym, co się wokół nas dzieje, bo nie tylko panowie Kim Ir Sen i reszta pragną dezinformacji mydlą oczy:).