Dżentelmen w Moskwie – Amor Towles

526 stron

książkę pożyczyła mi Pani od niemca

Jakaż to jest cudna książka!

Historia jest taka, że pewien hrabia, Aleksander Rostow, za napisanie niestosownego wiersza zostaje skazany na areszt domowy w hotelu Metropol. Mimo uwięzienia, hrabia zawsze i wszędzie jest hrabią, kulturalnym i uroczym, znawcą sztuki, literatury i kuchni. I karma wraca do niego, bo mimo, że nie zawsze ma do czynienia z osobami równie uroczymi jak on, nawet te paskudy są w stanie wygenerować coś pozytywnego w zamian za czar hrabiego. 

Przygód nie opisuję, nie będę zdradzać, bo szkoda, mam za to kilka cytatów:

„Jeśli człowiek nie jest panem swojego losu, z pewnością stanie się jego sługą”

„Bo w życiu liczy się nie to, czy nagrodzą nas oklaskami, lecz to, czy będziemy mieli odwagę iść naprzód mimo braku gwarancji uznania”

Piękna opowieść, naprawdę, dawno nic mnie tak nie zachwyciło.

Klejnoty koronne ;)

Jak wspomniałam, [lub nie?], w ramach prezentu na 40-tkę, który postanowiłam sprawić sama sobie, jest korona półmaratonów.

Dla niewtajemniczonych objaśniam, że co roku podawana jest lista 10 półmaratonów, z których trzeba ukończyć 5, dane przesłać do organizacji zawiadującej koronami i oni przyznają ową koronę (czyli kolejny medal z napisem KORONA PÓŁMARATONÓW). 

Pierwszy klejnot, czyli pierwszy medal już zdobyłam 🙂

Udział w takim biegu to sporo przygotowań i dużo emocji 🙂 Oczywiście, że to daleko i oczywiście, że na końcu człowiek ledwo żyje, ale potem, kiedy z tym medalem na szyi siedzi się na brudnej podłodze w hali sportowej, z innymi medalowcami i wcina przysługujący makaron, to jest bezcenne uczucie :). Teraz jeszcze 

POZNAŃ

GRODZISK

WROCŁAW

i WAŁBRZYCH 

i korona moja 🙂

Enklawa – Ove Løgmansbø

400 stron

Książkę pożyczyła mi Dorota

Kryminał, rzecz jasna (czy jakieś morderstwa dzieją się gdzieś poza Skandynawią w ogóle?;). Zaczyna się dobrze: jest wieczór, chłop siedzi w samochodzie w porcie, spotyka nastoletnią koleżankę swojej córki, zamienia z nią dwa zdania, przemyka mu przez myśl CO ROBI tutaj o tej porze i tyle.

Rano budzi się u siebie w domu, napruty w trzy dupy, nie wie jak tam dotarł, ani co robił. 

Końcówka nieco mnie zmierziła, ale przeczytać można.

Pozdrowienia z Korei – Suki Kim

332 strony

podtytuł I: uczyłam dzieci północnokoreańskich elit

podtytuł II: kulisy najbardziej przerażającego reżimu świata widziane oczami kobiety z zachodu

 

Książkę pożyczyła mi Renatka

 

Wielce interesująca lektura!

Może dla nas, którzy żyliśmy w dość podobnym systemie, nie jest AŻ TAK szokująca, wciąż jednak wiele rzeczy zadziwia. U nas [chyba] nie było aż tak źle. 

Jest to opowieść Koreanki (z Korei Południowej), która w Pjongjangu uczyła studentów PUST angielskiego. 

Rodzice Suki Kim wyjechali do USA, kiedy ona miała 9 lat, większość życia spędziła więc tam. Udało jej się wmieszać w grupę misjonarzy i zakwalifikować się do grupy profesorów na tej uczelni. 

Korea Północna to jest więzienie, i to koszmarne. Ludzie tam są odcięci od wszystkiego: od informacji, od przyjaźni, bardzo często również od prądu i, jak się mi wydaje, od życia – takiego, jakie na przykład my wiedziemy. Słuchają i gadają na okrągło TYLKO o panach Kim Ir Senie, Kim Dzong Ilu oraz o Kim Dzong Unie. W TV mają 3 programy nadające informacje wyłącznie o tych panach, w książkach, które są dostępne są informacje głównie o tych panach, piosenki, które śpiewają, są TYLKO o tych panach. 

Nie ma własnych poglądów, nie ma wolnej myśli, nie ma przebywania gdziekolwiek samemu, nie ma wychodzenia tam, dokąd się chce w czasie, kiedy się chce. Na uczelni studenci są dobierani w pary (odgórnie!) i wszystko zawsze muszą robić w tych parach. Czasem nawet chodzą za rękę lub trzymają się za rękę na zajęciach! 🙂 

Dodajmy do tego gówniane, jednostajne jedzenie, zimny kampus i sale wykładowe oraz permanentną inwigilację i w zasadzie mamy komplet. 

20-letnim facetom nie mieście się w głowach, kiedy ona mówi im, że ma ponad 100 kanałów w TV i że płaci rachunki przez internet i że zwiedziła mnóstwo krajów. Kompletnie nie jarzą, co to jest internet, a informacje, które się tam znajdują, to już zupełnie jest dla nich kosmos (jak wszystko w zasadzie). 

Z drugiej strony, wszyscy nieustannie wychwalają swój kraj, jaki to jest wspaniały (we wszystkim), a Ameryka jaka chujowa. Szkoda gadać – przypadek beznadziejny. Dezinformacja, w której żyją ci ludzie przekracza wszelkie wyobrażenie. 

(Ale i u nas pomalutku suniemy w tą stronę. Obecnie mamy, największą od 20 lat, bezczynność zawodową wśród kobiet. Och! A to dlaczego? Czy może te kobiety, zachwycone 500+ siedzą w domu, w pieluchach i garach i nie interesują się niczym ponad to, a ci, którzy pragną wprowadzać zmiany robią to systemem małych kroczków? Te kobity siedzące w domach nie interesują się raczej polityką i raczej nie będą za tym, żeby rządy sprawował ktoś, kto pieniążki by im zabrał, nie? Jak się kapną (jeśli w ogóle), o co kaman, może być już za późno). Dezinformacja rulez!

Co wesołe, jest w tej książce kilka odwołań do Harrego Pottera, którego, jak wiadomo czytam z wypiekami na twarzy, na przykład: „W niektóre wieczory, kiedy kroki studentów niosły się echem po długich, ciemnych korytarzach, czułam się prawie jak w filmie o Harrym Potterze, w jakimś ponurym zakątku zamku Hogwart.”

Suki Kim przebywa wśród misjonarzy, którzy, choć przybyli z krajów normalnych i teoretycznie otwartych na wiedzę i informacje, mają swoje halo (skądinąd i nam BARDZO dobrze znane). Udało się, jakimś cudem, wyprosić, żeby na koniec roku puścić studentom, uwaga, Harrego Pottera i Więźnia Azkabanu. Suki Kim pisze: „W tym, co dla mnie było popkulturą, misjonarze widzieli herezję. (…) Wydawało się jednak dziwne, że Bóg nie lubi Harrego Pottera, ale pozwolił, by historia o nim rozprzestrzeniła się po świecie w prawdziwie rekordowym tempie”. 

Książkę polecam i polecam też interesowanie się tym, co się wokół nas dzieje, bo nie tylko panowie Kim Ir Sen i reszta pragną dezinformacji mydlą oczy:).

Kra (kra)

Wprowadzenie:

a) nasza pracowa lodówka mrozi jak biegun. A jak się już coś przytknie do tylnej ścianki, bez lodołamacza potem ani rusz, skuje lodem i koniec.

b) z Olkiem i Maćkiem mamy system zgrzewkowo-mleczny, który polega na tym, że każdy przynosi po zgrzewce mleka. (Albo czasem próbuje po jednym, co zazwyczaj kończy się tak, że mleka nie mamy, ale dziś nie o tym;).

 

Miejsce akcji: nasze biuro.

Poprzedniego dnia przyniosłam mleko i, oczywiście, włożyłam je do lodówy, bo my jesteśmy fit i pijemy świeże, na bogato :). 

AKCJA!

Wchodzą rechoczący Olek i Maciek, Maciek rzecze:

– Kra, kra!

ja, ponosząc oko znad excelle:

– Jesteś wroną?

M:

– Nie, na mleku pływa.

KURTYNA

 

Nie mam nic więcej do dodania 🙂