269 stron
Książkę dostałam na imieniny od Tereski 🙂
Hm, od czego by tu zacząć? Chyba trzeba od tego, że, jako naród, jesteśmy dość ostro popierdoleni i w zasadzie o tym jest ta książka.
Gdyby nie była o nas samych, można by boki zrywać od pierwszej strony, ale jak sobie człek zda sprawę, że to w zasadzie o nim, to już tak śmiesznie nie jest.
Ta nasza zaściankowość i (s)religijność, nawet brak próby podjęcia bycia tolerancyjnym, ech.
Każdemu się dostało, każdemu słusznie 🙂
Warto przeczytać, a nuż ta książka sprawi, że się zmienimy? Albo chociaż dostrzeżemy, jaki jesteśmy pierdolnięci?
Charakterem numer jeden w tej powieści jest Jezus (który, jak sam mówi, nie pierdoli się w tańcu:), który nie jest, jak zawsze, nudnym facetem w długich włosach fruwającym na chmurce, tylko całkiem do rzeczy kolesiem. Jak kościół zacznie pokazywać TAKIEGO Jezusa, obiecuję, rozważę comeback.
Tymczasem Jezus rozmawia z Małgorzatą o cudach:
– „A z chodzeniem po wodze to jak? Też nieprawda?
– Autosugestia, Małgorzato! Po węglach rozżarzonych nawet korporacyjne gnojki dziś chodzą, jak ich tylko ktoś, kto potrafi to robić, dobrze poprowadzi i przygotuje, to co – po wodzie nie przejdziesz? Dostęp do cudów każdy ma taki sam. To tylko kwestia wiary, Małgorzato. O! wsadź mi tutaj w tę ranę po włóczni – powiedział – swój palec maleńki. Widzisz? Zapada się. Zapad się w ranie. A ja ani się skrzywię. Nie czuję nic. Tak mi ojciec mózg wyprał. Taki coaching zrobił. „
Bardzo dobra – koniecznie 🙂