Wyjścia i wejścia

Szykuję się na wyjście do knajpy.

Syn uprzejmie zapytuje:

– Mamo, o której wrócisz? O dziesiątej?

Wymownie milczę.

– O dwunastej?

– No, raczej o dwunastej, zeznaję zgodnie z prawdą.

– Pamiętam jak o szóstej wracałaś – dorzuca.

Bywało 🙂

Tym razem wróciłam o dziesiątej (a to niespodzianka!), ale, jak się okazało, byłam w knajpie w uroczym towarzystwie, czyli 13 chłopa i ja.

Nie chwaliłam się tym za bardzo, bo potem znów mi żmija wypomni.

H czyli ha (ha, ha :)

Popołudnie w robocie, dzwonię do niemieckiej firmy, żeby się ogarnęli, bo od rana piszemy do nich maile, a oni mają nas w dupach. Niemieckich, ma się rozumieć 🙂

Ponieważ mój niemiecki nie jest kunsztowny, prędki i bezbłędny, gadam od razu po angielsku i siema, nie mają wyboru.

Dogaduję się z babką, ale napotykamy na problem lekki, czyli ja muszę jej przesłać maila z informacjami od jej kolegi (jednego z tych, co miał nas od rana w dupie), a ona musi mi swojego maila przeliterować. No więc ruszamy.

Pierwsze 3 litery idą ładnie, ale życie nie jest takie proste.

– Szajse – słyszę, jak pani mówi po niemiecku do kogoś – nie wiem jak się nazywa H po angielsku. 

Już się moje serce raduje, bo i szajse rozumiem i H, o czym niezwłocznie moją rozmówczynię informuję 🙂 i dorzucam w bonusie, że H to ejcz 🙂

– Noooł – mówi ona (już po angielsku) – noł szajse.

Oj tam 🙂 No przecież wiem 🙂

Firma się ogarnia, robi, co zrobić miała, a na koniec dnia dostaję od tej babki maila o treści:

Thank you for a good conversation :).