Poranek w biurze.
Karol smaruje sobie popękane usta jakimś mazidłem i rzecze [w nadziei na zrozumienie zapewne:] do Olka:
– Kurde, usta mi pękają, chyba mi czegoś brakuje.
– No – potwierdza Olek – rozumu.
Dobro od samego rana – to lubię 🙂
Poranek w biurze.
Karol smaruje sobie popękane usta jakimś mazidłem i rzecze [w nadziei na zrozumienie zapewne:] do Olka:
– Kurde, usta mi pękają, chyba mi czegoś brakuje.
– No – potwierdza Olek – rozumu.
Dobro od samego rana – to lubię 🙂
Szykuję się na wyjście do knajpy.
Syn uprzejmie zapytuje:
– Mamo, o której wrócisz? O dziesiątej?
Wymownie milczę.
– O dwunastej?
– No, raczej o dwunastej, zeznaję zgodnie z prawdą.
– Pamiętam jak o szóstej wracałaś – dorzuca.
Bywało 🙂
Tym razem wróciłam o dziesiątej (a to niespodzianka!), ale, jak się okazało, byłam w knajpie w uroczym towarzystwie, czyli 13 chłopa i ja.
Nie chwaliłam się tym za bardzo, bo potem znów mi żmija wypomni.
Popołudnie w robocie, dzwonię do niemieckiej firmy, żeby się ogarnęli, bo od rana piszemy do nich maile, a oni mają nas w dupach. Niemieckich, ma się rozumieć 🙂
Ponieważ mój niemiecki nie jest kunsztowny, prędki i bezbłędny, gadam od razu po angielsku i siema, nie mają wyboru.
Dogaduję się z babką, ale napotykamy na problem lekki, czyli ja muszę jej przesłać maila z informacjami od jej kolegi (jednego z tych, co miał nas od rana w dupie), a ona musi mi swojego maila przeliterować. No więc ruszamy.
Pierwsze 3 litery idą ładnie, ale życie nie jest takie proste.
– Szajse – słyszę, jak pani mówi po niemiecku do kogoś – nie wiem jak się nazywa H po angielsku.
Już się moje serce raduje, bo i szajse rozumiem i H, o czym niezwłocznie moją rozmówczynię informuję 🙂 i dorzucam w bonusie, że H to ejcz 🙂
– Noooł – mówi ona (już po angielsku) – noł szajse.
Oj tam 🙂 No przecież wiem 🙂
Firma się ogarnia, robi, co zrobić miała, a na koniec dnia dostaję od tej babki maila o treści:
Thank you for a good conversation :).