2020 – statystyki :)

Nie da się ukryć, że 2020 nie był ulubionym rokiem chyba nikogo z nas, był rokiem odwołanych podróży, zmienionych planów i (dla bardzo wielu ludzi) zbyt-długiego-siedzenia-w-chacie.

Bardzo się cieszę, że mam taką pracę, do której muszę chodzić, co robię z radością (prawie zawsze;), w tym roku zaś z ultra-szczególną :). Mamy fajny zespół, dużo gadamy i jak ktoś potrzebuje, rozwiążemy mu każdy problem (Jarku, Mateuszu, wasze także ;). Dla mnie siedzenie w domu wywołuje efekt zwierzęcia zamkniętego w klatce, zaraz bym drapała pazurami, a potem najchętniej uciekła, więc dla wszystkich lepiej, że pracę mam jaką mam ;).

Przez to, że nie mogłam pojechać tam, gdzie chciałam (Maltaaaaa), musiałam uskutecznić działania bardziej lokalne (Przemyyyyyśl😁). Ponieważ wpadłam na pomysł, że przebiegnę górski maraton (co się stało w czerwcu :)), latałam, głównie po górach, jak opętana (i znów: dla wszystkich lepiej, że tak się działo ;).

Na wakacjach, i nie tylko, żeby odpocząć (od biegania 🙂 jeździłam na rowerze, a jak była chwila, również chodziłam po górach. No i czytaaaałam. Dużo i wszystko i chętnie. Zwłaszcza w okresie, kiedy z atrakcji były dostępne tylko czytanie/praca/biedra/bieganie.

Z nowych umiejętności nauczyłam się pleść warkocz francuski (czyli wypukły dobierany), umiem go zapleść sobie (i wychodzi – w końcu! – równy i zwarty, a nie rozczochrana mameja, jak we wczesnych etapach nauki;)) oraz innym. Kupiłam sobie też łeb do czesania na Aliexpress i na nim w wolnych chwilach trenuję. Oraz na wszystkich innych głowach, które mi na to pozwolą 😉

Ze spraw innych natomiast, wypisałam się z KK. 16.12 złożyłam akt apostazji, po nowym roku muszę tylko zobaczyć czy dokonano odpowiednich adnotacji w księdze chrztu. Piekło mam, czyli, zagwarantowane😈.

Trochę szkoda mi tego, co się nie zdarzyło, chociaż było zaplanowane i miało się odbyć, ale z drugiej strony cieszę się, że znalazłam sobie do roboty inne rzeczy, z których również jestem bardzo zadowolona.

Dobra, dość gadania, lecimy z liczbami:

Najpierw sporty (km/rok):

Bieganie: 1620

Rower: 768

Wędrowanie: 374

Teraz kultura, ale już nie fizyczna🤪.

Książki: przeczytałam 45 = 17 000 stron 🙂

Nie wiem ile naplotłam warkoczy, ale odkąd je plotę, wstaję 15 minut wcześniej, więc pewnie sporo😁.

Udało mi się też w tym roku 4x pójść do KINA. Niemożliwe, a jednak🤪. Przemykająca między panemiami🤫😂.

To tyle, jeśli chodzi o podsumowanie statystyczne.

Bardzo jestem ciekawa jaki będzie 2021 i co nam przyniesie. Jaki by nie był, trzeba będzie sobie jakoś radzić i coś wymyślić. Życzę więc sobie i Wszystkim, żeby nam nie brakowało pomysłów i chęci do działania.

Szczęśliwego Nowego Roku Panie i Panowie!🥳👌😘

Rzeka tajemnic

Reż. Clint Eastwood; 2003; Netflix z Kacprem

Jak podaje Filmweb, film jest adaptacją książki Dennisa Lehane’a.

Film wyszukał Syn, sprawdził na Filmwebie ocenę (7,7!) [jak zwykła czynić matka;] i decyzja była szybka: dobra, ten.

Film jest o trzech facetach, którzy kumplowali się w młodości. Była jedna sprawa, która dotyczyła całej trójki, ale…karę? za to poniósł tylko jeden z nich i nie odbyło się to bez szwanku dla jego psychiki.

Mija 25 lat, faceci dalej mieszkają w jednym mieście i nawet się widują, ale dopiero morderstwo, które ma miejsce sprawia, że znów muszą się spotkać i pogadać. Bolą niezagojone rany, a demony z młodości nadal siedzą w ich głowach. Nie jest łatwo ocenić co się naprawdę stało, kto co zrobił, od czego wszystko się zaczęło i kto tak naprawdę jest czemu winny.

Dobry film :).

Break

reż. Marc Fouchard; 2018, Netflix

Zostałam na święta sama w chacie i są to, muszę rzec, jedne z lepszych w życiu:). Biegam, czytam i oglądam filmy – zajebiście. Wyjdę pewnie, w związku z tym, na socjo-nie-halo-anty-rodzinną laskę, ale trudno, taka prawda.

Wczoraj miałam plan zacząć oglądać ‚Kalifat’ polecany przez Lasotę, ale jak go włączyłam, od razu pomyślałam sobie o tym, o czym mówiła Sąsiadka, czyli, że ważne jest czym się tapetuje mózg, i uznałam, że dobra, może bez przeginek, w moim mózgu i bez ‚Kalifatu’ jest niezła zadyma ;). Po 20 minutach wyłączyłam, obejrzałam dla rozluźnienia 1 odcinek ‚Peaky Blinders’ (od lat polecany przez Dorotę i Oliwię – fajny, ale chyba muszę się rozkręcić) i znalazłam ‚Break’ – o tańczeniu, czyli to, co lubię, a i dla mózgu coś niezbyt ciężkiego, bo jednak mamy święta, tak? 😉

Obawiałam się nieco jego cukierkowatości, że wszyscy będą tańczyć w różowych tiulach i wyglądać jak Ariana Grande, ale nie (uff) :). Dziewczyna i facet (z którym jednak nie jest długo, ale spokojnie, następca szybko się znajduje) chcą się dostać do elitarnej Bird Dance Company. Mimo, że jest laska jest naprawdę świetna, sprawa nie jest łatwa i potrzebny jest kreatywny trener, który będzie miał pomysł na efekt WOW podczas przesłuchania. Takiego trenera znajduje się przy okazji poszukiwań biologicznego ojca, który zniknął z życia jej matki zanim jeszcze Lucy (nasza bohaterka-tancerka) się urodziła.

Dziewczyna jest piękna, świetnie tańczy i fajnie się ubiera. Trener też jest bardzo przystojny, ale moim zdaniem, to raczej ona powinna uczyć jego, bo chłop rusza się dla mnie jakoś kanciasto. Sprawa gustu, Lucy w każdym razie chłop odpowiada. Pod KAŻDYM względem ;).

Dobry film, jeśli ktoś lubi taniec, a może nawet i dla tych, których taniec obchodzi średnio ;).

Quincy

reż. Alan Hicks/Rashida Jones; 2018; Netflix oczywiście 🙂

Wiedziałam o istnieniu Quicy’ego Jones’a i wiedziałam, że jest związany z muzyką, ale to raczej wszystko. Obejrzany dokument cudnie otwiera oczy na to CZYM się chłop zajmował i Z KIM współpracował, a robił chyba wszystko, jeśli chodzi o muzykę i współpracował z takimi artystami jak Frank Sinatra, Ray Charles czy Michael Jackson. Do tego wcześniej grał na trąbce (ale to, oczywiście, nie był jedyny instrument, na którym grał), ale po 2 operacjach mózgu! zabroniono mu tego.

Jest producentem najlepiej sprzedającego się longplaya wszechczasów [Thriller] i najlepiej sprzedającego się singla wszechczasów [We Are The World]. I, na przykład, zrobił muzę do ‚Koloru Purpury’ Spielberga. Takie tam, drobne sukcesy ;).

Świetny film pokazujący kawał historii i niesamowitego człowieka.

Notting Hill

1999; reż. Richard Curtis; Netflix

1999! Czyli film ma 21 lat! Jaaaka Julia Roberts jest tam piękna (znaczy: ona dla mnie ZAWSZE jest piękna). I Hugh Grant – on gra tam IDENTYCZNEGO faceta, jakim jest jako premier w Love Actually :). Dublinia pisała, że go w tych rolach średnio znosi, ale dla mnie ok.

Dawno już tego filmu nie widziałam i było mi MEGA przyjemnie zobaczyć go znów :). Wraca jak do niego jak do starych przyjaciół, bo nie dość, że zna się już (i to dość dobrze ;)) aktorów, to jeszcze bywało się w miejscach, w których rzecz się dzieje. Wzdech, znów tęsknota za Londynem :).

Gdyby zdarzyło się, że ktoś go jakimś cudem nie widział, to historia jest a la klasyczny Kopciuszek, którym w tym przypadku jest Hugh (William Thacker), a w którym zakochuje się Julia Roberts, która w Notting Hill gra siebie, czyli mega sławną aktorkę (Annę Scott).

Rola, której absolutnie nie sposób przy tej okazji nie naświetlić i wynieść na piedestał jest Spike. A kto chce wiedzieć o co ze Spikiem chodzi, niech sobie film obejrzy :).

Edukacja – Malcolm XD

268 stron, książka jest Karoliny

Jak się człowiek zatraci w Malcolmie, to rady nie ma, musi czytać kolejne jego książki :). Jak tylko wyszła ‚Edukacja’, czekałam na nią z palcem na myszy, ale Karolina powiedziała, że już ją ma, więc palec z myszy zdjęłam, ALE za to kupiłam ‚PASTARMI’ i ‚EMIGRACJĘ’ moim Maryli i Qbie, bo też już słyszeli, że fajne i śmieszne. Żeby nie było, że Malcolm ze mnie żadnego pożytku nie ma;).

To jest humor i poziom absurdu, który szalenie do mnie przemawia i niemożebnie mnie śmieszy :). Rzadko, naprawdę rzadko zdarza mi się w życiu płakać ze śmiechu, a Malcolm sprawił, że przy lekturze KAŻDEJ rzecz się zadziała.

‚Edukacja’ jest o tym, że Malcolm, który podczas studiów miał lekką zapaść psychiczną i chwilę siedział w domu, musi w try miga nadrobić praktyki. Tym sposobem, to make long story short, trafia do firmy Prezesa i Korytki.

Z nimi to bierze udział w próbie przechwycenia domu Dyrektora Bogusiaka, wynajdują lokal ba biuro swojej firmy na FORMALNIE NIEISTNIEJĄCYM piętrze Pałacu Kultury i pod osłoną nocy dopychają trumnę (z babką) do grobu Hohenzollernów-Radziwiłłów na Powązkach.

Wysyłając (a w zasadzie czekając na wysłanie, bo pani na poczcie mi powiedziała, że na razie nic do UK nie nadam, bo nie latają samoloty!) pakę do Maryli i Qby napisałam im, że życzę im, żeby śmieszyła ich tak, jak mnie, czego i wszystkim Państwu życzę, lekturę szalenie polecając.

Bal (The Prom)

Netfix 2020; obejrzałam sama 🙂

Reż. Ryan Murphy

Widziałam zajawkę tego filmu, a że bardzo lubię Meryl Streep, a Jamesa Cordena znam z Carpool Caraoke i też lubię, oraz z tego powodu, że była już 10 w nocy, a ja byłam po pracy, zakupach i przebiegnięciu 12 km i naprawdę nie potrzebne mi były życiowe dramaty, ‚Bal’ wydał mi się idealny.

Fabuła jest taka, że Streep, Corden i Kidman i Rannelsowi nie układa się najszczęśliwiej w ich celebryckich życiach (z powodów takich, że są, jacy są – dotyczy to w szczególności Dee Dee Alen [Meryl] i Barry’ego Glick’manna [James]) i postanawiają jakoś się wybielić i z lepszej strony pokazać (oczywiście dla kasy i sławy, nie ma w nich krzty dobrego serca;).

W tym celu wynajdują SPRAWĘ, dzięki której owo wybielenie nastąpi – i – ta-daam- w Indianie znajdują dziewczynę, która nie może zaprosić na bal swojej dziewczyny, co więcej, Rada Rodziców nawet wstępnie ów bal odwołuje.

Film jest ultra-wymusicalowany, jest w nim mnóstwo przerysowanych brokatów, neonów i kolorów, co jest spoko – dla mnie ok. Podobała mi się też muza, bardzo ładna jest główna bohaterka Jo Ellen Pellman [Emma Nolan], czyli dziewczyna, przez którą cała afera się rozkręca. Do tego pięknie śpiewa :).

Jedno, co mi nie pasowało, to rude włosy Meryl Streep, w których, uważam, wygląda staro i źle, ale może taki był zamierzony efekt. A jak przy tych rudych włosach wskakuje jeszcze w fioletowe brokaty – dla mnie jest koniec;) (ale i tak ją lubię:).

Film na filmwebie ma ocenę 5,8 z którą się raczej zgadzam: nie ma znamion arcydzieła, jest miły lekki i przyjemny, na przedwigilijny wieczór idealny :).

Love Actually

Reż. Richard Curtis, 2003

Płyta DVD! odtworzona na x-boxie😁

To jest mój kochany świąteczny film❤. Oczywiście, że widziałam go jużze 100 razy i oczywiście, że kolejne 100 razy go zobaczę.

Mimo, że mój angielski jest już (delikatnie rzecz ujmując🤦‍♀️) rusty, zawsze oglądam go w oryginale (i wciąż większość rozumiem😁).

Film został nakręcony mniej więcej wtedy, kiedy przez rok mieszkałam w Londynie, tym bardziej kocham i film i tamten Londyn❤. I tęsknię i szkoda mi, że nie mogę tam polecieć.

Poza tym film jest pogodny i wesoły i wielowątkowy, więc każdy coś dla siebie znajdzie.

Więc if you really love Christmas, come on and…watch Love Actually🤪.

Billy Mack👌❤🤩
Severus Snipe w przebraniu🤪
Benny Watts, który w Queen’s Gambit, (kręconym 15 lat pozniej🤪) wygląda tak samo, tylko ma doklejone wąsy😂

Elegia dla bidoków

reż. Ron Howard, 2020, Neltflix, do 40 przed końcem – z Mężem (więcej nie mógł zdzierżyć;)

Dobry film, ale smutny.

Pokazujący duuuużo gówna maści wszelakiej. To jest historia kolesia, któremu udaje się dostać na studia na Yale, ale patrząc na jego dzieciństwo i młodość, na stosunki rodzinne i jego kolegów, można to spokojnie zaliczyć do kategorii cud.

Już babcia i dziadek wiedli życie, delikatnie mówiąc, patologiczne, więc ciężko oczekiwać, że ich córki będą spokojne i zrównoważone po tym, co przez lata fundowali im rodzice. Główny bohater to właśnie syn jednej z córek.

Co ciekawe, wszystko w jako-takiej kupie udaje się trzymać jego babci, schorowanej, ledwo chodzącej i cały czas jarającej szlugi. Dzięki niej właśnie chłop wychodzi na ludzi.

Fajna jest końcówka i wniosek (by babcia, by the way:): że jesteśmy tym, kim się urodziliśmy, ale to nasze wybory prowadzą do tego, co zadzieje się w naszym życiu.

I nawet z pato-rodziny można się wyrwać.

Labirynt duchów – Carlos Luiz Zafon

885 stron, pożyczona z Chaty Cyborga

Co za piękna opowieść 🙂! W niektórych książkach wątek dominuje nad słowem, w niektórych – słowa nad wątkiem, a tu mamy cudowną równowagę: świetna historia opisana w przepiękny sposób.

Jednym z główniejszych wątków jest poszukiwanie byłego dyrektora więzienia Montjuic – Mauricia Vallsa przez Alicję Gris i kapitana policji Vargassa (już dla samych rozmów między tymi dwojga warto się w owej lekturze zanurzyć).

Ale to nie jest jednowątkowa historia, plecie się ich tu cała masa, nierozerwalnie łącząc się z rodziną Sempere i ich księgarnią oraz z Ferminem (kocham Fermina!❤ – to postać jak Prabaker z ‚Shantarama, tylko lepiej ogarniająca kwestie wysławiania się).

Naprawdę warto:).

Milion lat temu przeczytałam ‚Grę anioła’ i ‚Cień wiatru’, pamiętam, że obie mi się podobały (czego dowodem może być to, że przeczytałam obie w pociągu do Warszawy: jedną jadąc do, drugą – wracając). Jedyne, co z nich pamiętam, to Barcelonę i trumienkę jakiegoś dziecka🤦‍♀️.

Chyba muszę przeczytać je jeszcze raz, łącznie z nie przeczytanym ‚Więźniem nieba’.