Pitch Perfect
Reż. Jason Moore, 2012, Netflix
Są wieczory, na które potrzebny jest człowiekowi film lekki i pogodny, nie zmuszający za bardzo do myślenia.
To był jeden z tych (i filmów i wieczorów).
Żeby nie oglądać kolejny raz Dirty Dancing i Mamma Mia 😉, wybrałam coś, czego nie znam, albo przynajmniej – nie całe.
Znam [spokojnie, nie osobiście;] główną bohaterkę, Annę Kendrick, kobita pięknie śpiewa, wielokrotnie widziałam urywki filmu na Youtubie, było więc jasne, że przynajmniej dla jednej z lasek warto rzecz obejrzeć.
Film jest o tym, że rzeczona Anna (Becka) zaczyna studia na uniwerku, co średnio ją cieszy, bo wolałaby tworzyć muzykę.
Ojciec daje jej ultimatum, że jak przebrnie przez pierwszy rok i dołączy do jakiegoś klubu, ale tak naprawdę, angażując się, to, jeśli dalej będzie chciała zrezygnować, nawet sam ją do jej upragnionego LA zawiezie, żeby sobie tam mogła muzykę tworzyć.
Zatem Becka, po przesłuchanych, dołącza więc do zespołu Bellas, którego skład musi się odrodzić.
Bellas śpiewają ładnie, ale w kółko te same piosenki, bo taki jest zamysł szefowej zespołu, która z wyglądu [i z myślenia;] jest typem laski z urzędu: pokręcone blond włosy + sweterki z falbaną.
‘Firmowe’ stroje Bellas to również niemalże strój stewardessy, z apaszką na szyi włącznie.
Dramat 😊
Jak łatwo przewidzieć, wszystko zmienia się (oczywiście, że na dobre) w momencie, kiedy sterowanie zespołem przechodzi w ręce Becki.
Miło zobaczyć.
Ale pracy psychologicznej na jego podstawie nie napiszecie 😉