571 stron, książka jest moja 🙂
Dostałam na święta kartę podarunkową do empiku i, choć czasem kupuję książki papierowe, (zazwyczaj przez Internet), to tym razem, w ramach prezentu, poszłam do stacjonarnego sklepu, książki oglądałam, węszyłam i dotykałam i tą (między innymi) wybrałam. Cudne uczucie :). Jednak jak się ma małe mieszkanie i dużo czyta, to trzeba z nim uważać;).
‚Colette’ jest piękna!
Już sam początek jest świetny: Agnes, reżyserka filmowa, która po dłuższym pobycie w Stanach i rozwodzie wraca z powrotem do Francji, dostaje z policji telefon, że ma przyjechać zidentyfikować ciało, bo zmarła jej ciotka, Colette Settembre. Tylko, że rzeczona ciotka już raz zmarła, 3 lata temu. Był pogrzeb i trumna – jak się należy. No nic, Agnes, jedzie, ciało identyfikuje – zaiste jest to ciotka. Nasuwa się więc pytanie KTO w takim razie został pochowany jako ona trzy lata temu.
Obraz ciotki, jaki Agnes zachowała w głowie, to drobna, małomówna osóbka, zazwyczaj okropnie ubrana, zainteresowana jedynie naprawą butów, czym zajmowała się całe życie i oraz piłką nożną z lokalną drużyną piłkarską na czele. 100% jej życia biegło w mieście, w którym pracowała, jeśli wyjeżdżała, to tylko na jeden dzień, na mecz. Bezdzietna, nie miała męża, nie miała faceta.
No właśnie 🙂
A tak nie do końca było.
Piękna książka, pełna pięknych przyjaźni, miłości, wielu wspaniałych uniesień i równie wielu zaskoczeń i zwrotów akcji, pokazująca, że w ludziach jest dobro i piękno.
Trwając w zachwycie szalenie polecam :).


