Sprzęt ratujący życie. Teoretycznie.

Wczoraj w naszym biurze doszło do przelewu krwi.

Jeden z kolegów, podczas przerwy, zranił się w paluch. Nie wiem (może i lepiej) co dokładnie robił, że się zranił, ale wyglądało na to, że sobie w tym paluchu wywiercił małą, lecz dość głęboką, dziurkę. 

Ranga problemu musiała być naprawdę imponująca (przynajmniej była w jego opowieści:), gdyż, jak to ujął: „krew lała się na raporty”. Bo rzeczony kolega sporządza raporty, które następnie drukuje. (I czasem zalewa krwią. Nie zawsze:)

Widząc więc hektolitry krwi opuszczające jego ciało przez rzeczoną dziurkę w palcu, skoczył co żywo do apteczki i dalejże szukać plastra i nożyc, coby plaster urżnąć i krew zatamować. Plaster znalazł, nożyce znalazł, do dzieła ruszył. 

I prawie mu się udało. Jego życiu zagroziły nożyce. Poprzez nie-cięcie. Okazało się bowiem, że nasze nożyce apteczkowe są zrobione z materiału równie twardego jak folia aluminiowa i łatwiej z nich zrobić awangardową bransoletę, niż cokolwiek uciąć. 

Jednak kolega ostatkiem sił doczołgał się do innych nożyc, plaster uciął, krwotok zatamował. 

Będzie żył.

Nożyce natomiast nie: