Bajki Robotów – Stanisław Lem (lektura dla klasy 6:)

Z Lema czytałam tylko jego listy do Mrożka i bardzo mi się owe podobały.

Wydał mi się chłop personą o nadzwyczaj światłym umyśle i wysokim poziomie jadu. 

(„Dosyć, że Triody znikł, ledwo „Awruk!!” krzyknąć zdołał, słowo ulubione [moje też:], zawołanie bitewne rodu.”

Postanowiłam więc rzucić okiem na coś jeszcze jego autorstwa, ale żeby nie iść od razu na głębokie wody, w Solarisy czy Cyberiady, wzięłam się za Bajki Robotów. 

Moja opinia o tymże zbiorze jest następująca: niektóre z tych bajek wydają się masakratycznie ciężkie! Nagromadzenie w nich wszelkiego rodzaju metali, chemikaliów i różnej maści ustrojstw jest tak wściekła, że czytając zastanawiałam się momentami ALE O CZYM JEST WŁAŚCIWIE TO ZDANIE, KTÓRE CZYTAM? Nie jestem, ma się rozumieć, fizykiem jądrowym i wiadomym jest, że wielu kosmiczno-chemiczno-matematycznych (tych zwłaszcza!:) zagadnień nie kumam, jednak jest to lektura dla klasy 6. Nie wiem jak radzą sobie z tymi cięższymi bajkami dzieci, mnie za łatwo nie szło 🙂

Na szczęście niektóre wielce są urocze („Doradcy Króla Hyropsa”, „Bajka o Maszynie Cyfrowej, co ze smokiem walczyła”), więc się aż tak bardzo na pana Lema nie nadęłam :).

W otchłani mroku – Marek Krajewski

Lubię książki, która dzieją się w miejscach, które znam. 

A że dwa lata mego życia przemieszkałam we Wrocławiu, znam go nieco i mam sporo wspomnień z nim związanych. 

 

Edward Popielski to taki wrocławski Harry Hole. Przyszło mu żyć w nieco cięższych czasach niż Harry i jest trochę od niego starszy, ale mimo tego daje radę.

Tym razem musi rozwiązać zagadkę gwałtów i morderstw dziewcząt, a to wymaga zainteresowanie się Armią Czerwoną, UB, NKWD oraz Gymnasium Subterraneum.

Ciekawy pomysł z rozbiciem opowieści na wątki, które dzieją się w różnych latach: od 1946 począwszy na 2012 skończywszy. 

Dobra, ale bardzo brutalna. 

Hurrraaaaa! :)

Udało się 🙂

Zamierzony cel osiągnięty: w sobotę, razem z trzema tysiącami innych biegaczy, ukończyłam 7 Półmaraton Ślężański:)

Moj pierwszy 🙂

(ale już wiem, że NIE jedyny! 🙂

Ilość pozytywnych  emocji przy takim biegu jest nie od opisania. Oczywiście, są też smarki i pot i wielka góra, bo trzeba być twardym, nie miętkim – wiadomo :). Ale jak się widzi tysiące ludzi biegnących na kilkukilometrowym odcinku, albo jak się wbiega z własnym Synem na metę – to jest bezcenne 🙂

Bezcenne też są do takiego biegu przygotowania. Jak się wszyscy ze soba kontaktują i piszą i pytają i o tych biegach gadają. A potem z rogalami i z medalami razem wracają z placu boju i się cieszą. Super-extra-czad. 

Jakeśmy startowali, pan prowadzący powiedział:

– WSZYSCY JESTEŚCIE ZWYCIĘZCAMI! A WIECIE KTO JEST PRZEGRANYM? TEN, KTO MÓGŁ BYĆ DZISIAJ W SOBÓTCE, A ZOSTAŁ W DOMU!

Na co natychmiast jakiś pan odkrzyknął:

– To moja teścioooowa! 

🙂

Bo to prawda 🙂

My wszyscy, oprócz teściowej tego pana, jesteśmy zwycięzcami 🙂

I możemy się śmiało nastawiać do poklepania po plecach 🙂

Weź pigułkę

Jeśli nie wiozę Syna do szkoły i jadę prosto do pracy, mam do przejechania 5 kilometrów.

Dojeżdżam więc szybko. 

Jadę sobie zatem i słucham radia. 

I reklam też słucham, niestety. I myślę sobie czasami, że gdybym tak pożarła wszystkie leki reklamowane przez ten czas, kiedy sunę do pracy, padłabym trupem na pewno. 

Co jest, psia krew, grane?

Na WSZYSTKO są teraz piguły. Masz za krótkie rzęsy – piguła, wątroba źle działa – piguła, jesteś gruby, nie chcesz się ruszać, a chcesz być chudy – piguła, nie chce ci się bzykać – piguła, nie staje ci – piguła, masz w paszczy aftę – piguła (polecam reklamę DEZAFTAN, kurwa, MED jako reklamę z najgorszą intonacją we wszechświecie. Zarówno pani i dentystka, jak i pacjent brzmią w niej jak zblazowane, regularnie wykorzystywane seksualnie osoby, masakra jakaś :).

I przepraszam, już się poprawiam, nie piguły przecież, tylko zdrowe suplementy diety. 

Nieuk ze mnie i ciemniak, przepraszam.

Najgorsze jest to, że skoro tyle tych reklam jest, ludzie te piguły wcinają. 

Hmmm.

To chyba potrzeba w doścignięciu naszego sympatycznego, aczkolwiek lekko już nieżywego kolegi, Majkela Dż. który żywił się głównie pigułkami, a w momencie śmierci miał ich nawet kilka w brzuchu. 

Naprawdę fajnie. 

I chudy był i pewnie aft nie miał. 

Pozazdrościć. 

A przed pozazdroszczeniem – koniecznie pigułka.

Małżeństwo we Troje – Éric-Emmanuel Schmitt

Książkę pożyczyła mi pani od niemieckiego i chyba ją, przy okazji, nieco przereklamowała. 

Zaczęłam czekać na cud, który, jednak, się NIE zdarzył 🙂

 

„Małżeństwo we troje” to zbiór kilku opowiadań. I o ile pierwsze, „Dwóch panów z Brukseli” mi się podobało, bo miało w sobie to coś, była i akcja i oczekiwanie i uczucia i zaskoczenie, tak im dalej – tym średniej. 

Pozostałe wydały mi się zbyt… łopatologiczne? Mam na myśli to, że autor na 40 rożnych sposobów stara się pokazać rzecz, którą widać już po pierwszej wskazówce. Pan się przewrócił i leciała mi krew. I bolało go (wiem). I cierpiał (wiem). I był smutny (wieeeem!). I naprawdę mu w ten dzień nie poszło. 

HALO, miałam ochotę powiedzieć, panie Schmitt, WIEEEEM!

Opowiadanka jednak napisane są zgrabnie, i czyta się je szybko. Nawet w systemie praca – dom – biegi – grabienie liści da się spokojnie ogarnąć owe 250 stron w tydzień. 

Książki nie odradzam, na lubimyczytac.pl jest wiele opinii, gdzie ludzie piszą, że są nią zachwyceni.

A cud, być może w tej książce jest, tylko moja głowa niekoniecznie jest na odpowiednim etapie cudowności, żeby to odkryć 🙂

Muszę coś jeszcze pana Schmitta przeczytać. „Małe Zbrodnie Małżeńskie” mi się podobały, więc wynik jest ZBRODNIE + i MAŁŻEŃSTWO -.

Trzeba coś z tym zrobić 🙂

Do wzięcia od zaraz

Niedawno, BO DZIEŃ KOBIET, jak umotywowałyśmy wypad, wybrałyśmy się z Chłopakami z pracy na kręgle. 

Miało iść nas więcej, poszło mniej, miały być dwa tory, był jeden, miało grać sześć osób, grało pięć, miałyśmy wypić DWA piwa, wypiłyśmy trzy:)

Koniec końców, było bardzo fajnie i wesoło. 

Rozstaliśmy się w zgodzie i radości.

 

W poniedziałek w pracy komentujemy z M. (siedzimy w biurze same, Chłopy siedzą gdzie indziej) owo wyjście, że fajnie, że miło, że teges :). 

M podsumowuje:

– No i fajnie, że nas wzięli. 

Po krótkiej chwili zadumy pozwalam sobie na drobną korektę:

– ZAPROSILI NA KRĘGLE. Nie myl pojęć, M. …:)

 

Bo się rozniesie i będzie 😉

Ostatnie Rozdanie – Wiesław Myśliwski

To nie jest książka, którą się połyka w dwa dni. 

Trzeba ją sobie dawkować. Trzeba myśleć o tym, co się czyta. 

 

Trywializując nieco treść, można powiedzieć, że to opowieść o notesie. 

We wczesnej młodości facet zakłada sobie notes z adresami i sukcesywnie dopisuje do niego nowe nazwiska, wrzuca w środek wizytówki. Aż nadchodzi taki moment, że notes zaczyna mu się rozpadać i musi się zabrać za porządki w nim: oddzielić ludzi ważnych od nieważnych, żywych od umarłych, znajomych od nieznajomych. 

Musi przejrzeć całe swoje życie, przyjrzeć się sobie i ludziom. 

A ludzie, jak to ludzie, bywają różni. Czasem filozofujący, jak krawiec Radzikowski: 

„Nie ma pracy bez pomyłek, jak nie ma życia. Z życiem nawet gorzej, bo najczęściej nie da się naprawić. Albo od początku do końca jest pomyłką.”

a czasem… sekretaryzujący 🙂 – jak sekretarka: 

 „Wszystkie chłopy są takie same. Z wierzchu batman, a w środku galareta.”

 

Co mnie wielce zdziwiło, to ‚amebstwo’ głównego bohatera w stosunku do ludzi. Amebstwo, czyli poziom uczuć na poziomie ameby. Dużo więcej emocji wkładał w ten swój notes, interesy, wyjazdy, przeprowadzki, ogólnie rzecz biorąc – w pierdoły niż w stosunki międzyludzkie. Niby ‚uciekał sam przed sobą’, ale moim zdaniem to raczej przejaw skrajnej dupowatości, a nie dobrze brzmiącego ‚uciekania przed sobą’. Miał się spotkać z przyjacielem z przed lat – nie pojechał, całe życie kobieta, która go kochała pisała do niego listy, a on na żaden nie odpisał. Przeglądał sobie notes i wyjeżdżał w interesach. Żył tak, żeby się przypadkiem w żadne ludzkie sprawy bardziej nie zaangażować. 

Dziwne. 

Generalnie książka mi się podobała. I język którym była napisana – bardzo. 

Trzeba się Nad nią zatrzymać i pomyśleć. 

A w naszych wściekle gnających czasach to potrzebne. 

Prekursor

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, mój przedsiębiorczy Sąsiad proponuje mojemu Mężowi:

– Musimy się najeść kiszonej kapusty. Jak nam  zakręcą gaz, będziemy sobie sami, lokalnie, produkować. 

Wtedy do dyskusji dołącza Sąsiadka i karci swego męża, czyli mego Sąsiada:

– Ale czemu tak do niego mówisz? Przecież Piotruś nie pierdzi. [nigdy:]*

– Właśnie – rzecze mój Mąż – ze mnie aniołki wynoszą w jedwabnych woreczkach, od razu do nieba [nie zazdroszczę im roboty]**

– Hmmm – Sąsiadka na to – zaskoczyłeś mnie.

– Czym? – pyta jak zawsze dociekliwy i analityczny mój Mąż – tym, że nie pierdzę?

– Nie. POEZJA ANALNA. Będziesz prekursorem!

 

No 🙂 Prawie Mickiewicz 😉

 

* przypis autora

** przypis tego samego autora:)

Scrabble – nowy sposób naliczania punktów

Kiedy gramy w scrabble, punkty zawsze liczy mój Mąż. Bo u nas liczy zawsze ten, kto skończył politechnikę, a tak się złożyło, że on skończył.

Więc liczy 🙂

 

Gramy. 

Ułożyłam wyraz na podwójnej premii słownej, w którym Ę (za 5 punktów:) stoi na potrójnej premii literowej. 

Patrzę ta sobie z dumą na to moje piękne słowo (CAPIĘ:) i pytam:

– To Ę będzie się tu poszóstnie liczyło, nie?

– Ta – rzecze mój Mąż z prostą kreską na twarzy – PODUPNIE. 

 

Ale naprawdę, skąd ta agresja? 😉