Stulecie Winnych – ci, którzy walczyli (tom II) – Ałbena Grabowska

296 stron

Książkę mam pożyczoną od Lasoty.

Bardzo, BARDZO rzadko zdarza mi się taki dzień, że nie ma mojego Syna, Męża, a ja mam wolne, nie mam nic do roboty i mogę czytać książkę. 

Ale czasem się udaje 🙂 I taki właśnie dzień był wczoraj. Skończyłam ‚Blackout’, i zabrałam się za II tom Stulecia Winnych i dziś rano skończyłam :).

Jest to dalsza cześć losów bliźniaczek Mani i Ani. II wojna, nowe wyzwania, nowe problemy, nowe dzieci ale i nowe śmierci, niestety. Historia wciągająca, już zaczęłam III tom, szkoda, że ostatni.

Książkę przeczytała też moja Mama, Bratówka oraz koleżanka z biura, wszystkie zachwycone :).

Więc wszystkim kobitkom polecam. Facetowa książka to raczej nie jest… Ale można sprawdzić 🙂

Blackout – Marc Elsberg

783 strony

Książkę dostałam od Doroty z pracy, ‚bo przeczytałam i już jej nie chcę’. Więc wzięłam 🙂

Jest to czarna wizja przypadku, kiedy w Europie zaczyna brakować prądu. Nie na 5 godzin, ale na wiele dni. Nie ma jedzenia, nie działają komputery, nie da się naładować telefonu, ani spuścić wody w kibelku. Opcji ‚wezmę prysznic’ również brak. Niewesoło.

Na szczęście jest pan Włoch – Piero Manzano, który wpada na pomysł, że ktoś gmerał coś przy kodach w licznikach energii i to jest dobry trop. Trop jest dobry i wie to Manzano, ale zanim inni uwierzą i zobaczą to, co on widzi, potrzeba czasu i energii.

Dobra historia.

Elegancko pokazuje jak bardzo jesteśmy obecnie uzależnieni od prądu i w tyle głowy pojawia się myśl, że gdyby go zabrakło, wizja z Blackoutu wcale nie byłaby taka nierealna…

Interwały

Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, że może spróbuję interwałów. Dla niewtajemniczonych, polega to, w dużym skrócie, na biegnięciu raz szybko, a raz wolno, żeby tętno raz było wysokie, a potem żeby spadało, żeby się organizm umiał zregenerować. 

Najlepiej czynić takie wygibasy na terenie płaskim, co w naszym mieście jest dość słabe do ogarnięcia, bo u nas nie ma płaskich nawet 3 kilometrów po rząd, no może parking przy Tesco ;). Zostaje więc stadion. Jest taki jeden w mojej okolicy, który jest, generalnie, stary i do remontu, ale ludziska i tak tam ćwiczą/grają w piłę. Pomyślałam więc, ze to będzie dobre miejsce na INTERWAŁY PO RAZ pierwszy, jak będę charczeć, to się przynajmniej nikt się na mnie gapić nie będzie. I poleciałam.

Najpierw 3 kilosy rozbiegówki, wpadam na stadion i już widzę, że moje tajne bieganie w samotności się udało: 2×2 drużyny grają w piłę, a jakaś dziewczyna skacze po schodach i biega. Do tego z 20 osób ogląda mecze, a dzieci zbierają kwiatki. Czyli wypas. 

Nic to, mówię, jak już przylazłam, to polatam, bo zebranie się na ten stadion zajęło mi chyba miesiąc, bo zawsze, kurwa, coś :).

Myślałam, że będę wzbudzać jakieś zainteresowanie, tymczasem (bardzo fajnie) się okazało, że każda ćwicząca grupa ma wszystkie inne ćwiczące grupy w dupie 🙂 Rozkręciłam się przeto i latałam jak wściekła, a potem zwalniałam, rzucałam butelkę z wodą w trawsko, potem ją znajdowałam i nikt się nie dziwił :). Potem przylazł jeszcze jakiś chłop, więc wszyscy z trójkę (z tą dziewczyną w sensie) lataliśmy sobie wokół grających piłkarzy :).

Sportowcy wiejscy na start, jak mawia ma Matka Teresa 🙂

MULTIsport :)

W ten weekend cała nasza rodzina miała liczne, multi sportowe zadania. Bo tak:

1) Już w piątek Sąsiedzi i kumpel brali udział w Wielkim Wędrowaniu (czyli marsz 100 km po górach), więc trzeba było ich na miejsce startu (Jelenia Góra) zawieźć i z miejsca odbioru przywieźć (w nocy z soboty na niedzielę) -> tym zajmowali się mój Mąż i Syn. 

2) W sobotę mój Brat biegł Maraton Karkonoski ze Szklarskiej (51 km po górach, 2,5 km w pionie), trzeba więc było pokibicować mu na starcie i mecie (tym zajmowałyśmy się moja Matka Teresa i ja), oraz, w razie czego być kierowcą, jeśli byłby na tyle padnięty, że nie mógłby jechać – to była moja rola :).

3) Trzeba było zapewnić Bratu support (napoje+jedzenie+przepaki) na trasie – tym zajmowali się również mój Mąż i Syn, więc po tym jak odstawili Wielkich Wędrowców pojechali do Karpacza i zanocowali w Samotni, skąd było im bliżej do umówionych punktów. Punkty te poszli zbadać jeszcze w nocy, z czołówkami, dzięki czemu Syn był w szalooonej extazie :). 

4) Żeby nie siedzieć bez sensu w Szklarskiej w czasie, kiedy Brada biegnie, my z Tereską miałyśmy plan ‚SZRENICA’, który również wykonałyśmy.

5) Akcja ‚support na mecie’ (po powrocie ze Szrenicy) udał się znakomicie: na początku trochę lunęło, ale zaraz wylazło słońce, wysuszyło nas i razem z jeszcze jedną kobitą darłyśmy się i kibicowałyśmy wbiegającym, do czasu aż pojawił się Brat 🙂 (131 miejsce open!). Ponieważ bieg był raczej kameralny, mogłyśmy sobie z nim siedzieć w tej strefie, gdzie rozdają medale i żarcie. Było tam mnóstwo biegaczy, mnóstwo medali i mnóstwo endorfin unosiło się w powietrzu 🙂

6) Jak Brat już doszedł do siebie, pomknęliśmy do Jeleniej, pobraliśmy Syna od mojego Męża, który pomknął z powrotem czekać na strudzonych Wędrowców, którzy rzeczone 100 km przeleźli :).

7) Żeby dociągnąć weekend na sportowo, w niedzielę pobiegłam sobie luźną trzynastkę, (leciałam do ciastkarni, po ciastka:), a następnie przyszedł do nas kolega, ale nie taki zwykły, tylko taki, który chwilę temu przebiegł 119 km po górach i słuchaliśmy go z zapartym tchem, owe ciastka wcinając. 

Super 🙂

Oby więcej takich weekendów/eventów/rodzinnych wyskoków 🙂