Nie pamiętam, czy już o tym pisałam, jak pisałam to trudno, i tak napiszę raz jeszcze.
Niedawno spotkałam się z moimi dwoma koleżankami 🙂 Znajomość ta od zawsze była wesoła: one dwie chodziły razem do podstawówki, potem z jedną z nich chodziłam do szkoły średniej ja i na większości lekcji siedziałyśmy razem (co nie zawsze wpływało korzystnie na nasze wyniki w nauce, natomiast BARDZO korzystnie na dobry nastrój:). Ładnie się też razem prezentujemy, bo ja mam 168 cm wzrostu i zazwyczaj chodzę w butach na płaskim obcasie, a one mają 175 i 180 cm wzrostu i chadzają w koturnach i obcasach. Jak się dobrze ustawimy wyglądamy jak damska wersja Daltonów :).
Każda z nas żyje obecnie w KOMPLETNIE innej bajce, co nie przeszkadza nam spotkać się na kawie i rechotać, jak zwykle zresztą.
Tym razem wzięło nas na wspomnienia – wypominałyśmy wyjazd na łódki, jakoś w okolicy I roku studiów. Oczywiście żadna z nas nigdy nie pływała na łódce, żadna nie miała pojęcia o żeglowaniu, nie mówiąc o patencie, ale gdy wujek Marty (którego również nie znałyśmy za dobrze) zapytał, czy byśmy nie popłynęły, natychmiast się zgodziłyśmy, (co pozwoliło nam wysnuć teorię, że od dawna jesteśmy zdrowo pierdolnięte :).
Łódek było 3: na jednej pływał wujek z rodziną (z powodu kształtu nochala dostał ksywę HACZKA), na drugiej najstarszy syn wujka ze swoją drętwą dziewczyną oraz kilku jego znajomych, och, och ‚dorosłych’ licealistów-naukowców, czytających ‚Politykę’ i trzecia łódka to my, czyli lebiody, na którą musiał zawsze dochodzić ktoś z łódki I lub II, kto ogarniał sterowanie, bo u nas przecież był las :).
Przygód mieliśmy na tej łodzi co niemiara (co jest, zapewne, powodem, dla którego nikt z na już na łódce więcej nie był) – na przykład piorun pierdolnął nam w maszt przy burzy, oraz poodczepaiły się wanty i musieliśmy je przy sztormie i tornadzie przykręcać, oraz podarł nam się żagiel, oraz w porcie odczepiła się kotwica i Marta po nią nurkowała, ale były i elementy weselsze.
W opozycji do tych wszystkich licealistów z łodzi numer II, na naszej nie było gazet wysokiej klasy, mieliśmy za to zeszyt. W tym zeszycie była narysowana tabelka, z podziałem na nasze imiona, w tej tabelce zapisywaliśmy punkty. Punkt zdobywało się za zrobienie kupy w lesie :). Ilekroć więc ktoś z nas wyskakiwał z łodzi z saperką i znikał w lesie, reszta załogi zamieniała się w słuch i trwała w nerwowym oczekiwaniu. W większości takie ‚wypady’ kończyły się tym, że posiadacz saperki stawał na brzegu lasu i darł się:
– PUUUUUUNKT!!!!!
I wtedy w tabelce otrzymywał przy swoim imieniu uśmieszek, czyli punkt.
Na naszej łodzi panowała wtedy atmosfera jak po zdobyciu olimpijskiego złota, na lodzi numer dwa proste kreski (i obrzydzenie) nie znikały z twarzy, a nosy zagłębiały się w ‚Polityczne’ strony.
BARDZO się cieszę, że nie byłam na łodzi numer II:)