Ogarnąć nieogarnialne

Są rzeczy, których, mimo upływu lat jakoś nie udało mi się ogarnąć.

Jedną z nich jest, na przykład, ruszanie z ręcznego. Co ważne, prawko mam 16 lat i 16 lat jeżdżę, ale ten manewr po dziś dzień wychodzi mi, delikatnie mówiąc, kulawo.

Drugą są zaimki osobowe po niemiecku. Uczę się już niemca długo i nawet rozumiem i nawet coś powiem (z błędami i pomału, ale powiem :), ale te zaimki – koniec świata, uczę się, uczę, zamknę zeszyt – i chuj – znów nie umiem.

Ostatnio na lektoracie trafiła mi się lekcja 1 na 1, bo reszta grupy gdzieś zniknęła, pani (moja ulubiona skądinąd:) wyciąga ćwiczenia i co widzę? Oczywiście, że zaimki osobowe. Tak to by człowiek w tłumie mógł się jakoś schować, może od kogoś zgapić, a tu dupa – pomocy znikąd.

No to lecimy, ćwiczenia idą mi zgodnie z moją wiedzą, czyli gównianie.

– Pani Joanno – rzecze moja pani – w niemieckim zdaniem rządzi czasownik. Czy pani sobie zadaje pytania do tych czasowników?

– Zadaję – odpowiadam zgodnie z prawdą – tylko, że odpowiedzieć na nie umiem.  

Myślałam, że po tym wyznaniu dostanę książką w łeb, ale pani ze stoickim spokojem zaczęła mi je jeszcze raz tłumaczyć i chyba po latach zakliknęło 🙂

To chyba złożę papiery na germanistykę, nie? 😉

Helisa – Marc Elsberg

Książkę pożyczył mi Rafał B., 669 stron.

To kolejna książka pana od Blackout’u, kolejna dobra. Ta mniej może mroczno-apokaliptyczna, ale też jest wizją katastrofy, która może się zdarzyć i wcale nie wydaje się to takie dalekie, ani nieuniknione w obecnych czasach.

Historia jest, miedzy innymi, o grzebaniu w ludzkich genach, a ściślej rzecz biorąc – o ulepszaniu kodów genetycznych u dzieci. Czyli ludzie mogą sobie wybrać, że chcą, żeby dziecko było, dajmy na to, superinteligentne + piękne + wysportowane. Brzmi dobrze, nie? Kto by nie chciał mieć takiego dziecka. Jednak superinteligentne dziecko jest dużo, DUŻO mądrzejsze niż nawet bardzo mądry dorosły, mając 10 lat może studiować na MIT lub wymyślić coś, co reszcie ludzi się nawet nie śniło. 

A nie zawsze to, co wymyślą, jest dla wszystkich dobre. Więc na nowoczesne dzieci trzeba uważać.

Dobra ksiażka. 

Mam nadzieję, że nie doczekam czasów, kiedy będzie sobie można zamówić szyte na miarę dziecko :). Oczywiście jestem za postępem i rozwojem, ale bez przesady :).

Boliwijskie kolczyki z Boliwii (a to niespodzianka;)

Niedawno opętała mnię chętka na kolczyki srebrne.

Większość moich kolczyków jest ze szczerej blachy, co jest z jednej strony bardzo fajne, gdyż a) zazwyczaj kosztują 2 dychy, b) gdy już ich nie chcę, albo gdy się zepsują, można je bez żalu wywalić i kupić sobie kolejne (parę albo pięć :).

Minusem takowych jest ich, jednak, gównianość, i nawet te, które się bardzo lubi, trzeba wywalić, bo albo zaśniedzieją, albo wyblakną, albo coś.

Srebrniaki jak się kupi, ma się do końca życia. 

Żeby nie mieć takich kolczyków jak wszyscy, ominęłam YES i postanowiłam zapolować na DaWandzie :). Tam jest milion wszystkiego i trzeba się nieźle nagrzebać, ale – ta daam – znalazłam. Srebrniaki, dobra cena, nazywały się BOLIVIAN EARRINGS. No i spoko, kupione zatopione.

To było pod koniec sierpnia.

Czekam.

Czekam.

Czekam i kurwa nic!

W końcu myślę sobie – zaatakuję tą DaWandę, niech mi moje kolczyki Da. Klepię ci ja mailiszcze do pani po angielsku i wkrótce potem odpowiedź otrzymuję, również w zagranicznym języku, że idą – z Boliwii :). 

Myślalam, że ktoś sobie nadał taką nazwę, żeby kusiła (skutecznie, jak widać), ale coś nie zakliknęłam, że Boliwia to ich miesjce narodzin 🙂

No i w końcu przylazły 🙂 Jest znaczek z Boliwii i mały liścik (w kulawym angielskim), ale tak mnię to wszystko rozczuliło, że  i kopertę i liścik zatrzymam.

I kolczyki moje piękne, srebrne, boliwijskie – również 🙂

4 dychy po sąsiedzku

Wczoraj mój najlulubieńszy Sąsiad skończył 4 dychy 🙂

Wiedziałam o tym, ale że w sekrecie planowane jest party na tą-że okazję, zadaniem nas wszystkich [zaproszonych] jest ledwo-pamiętanie o jego urodzinach :). No to ledwo pamiętałam 🙂 Zadzwonił wczoraj i rzekł:

– Sąsiadko wpadniesz na chwilę? Jemy słodycze i się wygłupiamy – zachęcił.

– Ojjj. No a ja akurat na crossfit wychodzę – powiedziałam i, zaiste, poszłam. 

Ale żeby nie było, że zła ze mnie sąsiadka, w drodze powrotnej kupiłam małego słodyczka i poleciałam składać życzenia (przy ‚Czterdziestolatku’ puszczonym z Youtube’a – wiadomo:). 

Sytuacja była taka:

Spocona po treningu wchodzę do łazienki Sąsiadów, z Sąsiadką.

Sąsiad akurat kąpie dzieci, dziecko starsze stoi już w wannie gotowe do wyjścia, owinięte ręcznikiem, młodsze siedzi i wesoło sobie pluska. A że ‚Czterdziestolatek’ muzyczką jest cudną, zaczynamy podrygiwać. Podryguje więc dziecię starsze w ręczniku, wstało młodsze i również tańczy w wannie, tańczy mój 40-letni ukochany Sąsiad, w pomoczonych portkach, bo przecież szoruje te dzieci i tańczę ja i Sąsiadka. 

I to jest taka chwila, która do końca świata zostanie w moim mózgu 🙂 

Żeby było jasne, jakim cudownym Sąsiadem jest mój Sąsiad, zamieszczam napisany dla Niego poemat:)

 

Złoty SĄSIEDZIE, wiadomo w świecie

(Wie to dorosły i małe dziecię)

Że po CZTERDZIESTCE dopiero życie

Szczerze się zacznie.

Niech znakomicie

Płyną kolejne Twe [boskie] lata,

Niech niespodzianki życie Ci płata,

Żyj w świetnym zdrowiu, w przypływie kasy,

(Żeby starczało na fajne wczasy).

 

Bądź czarujący, szarmancki, dziki,

Niech na Twój widok w bluzkach guziki

Pękają damskich. Być może Żona

Mniej będzie z tego zadowolona,

Lecz po czterdziestce tak właśnie bywa :).

 

We wszelkie dobra, przeto, opływaj,

Nie bacz na bzdety, HOP – i do przodu,

Mleka Krzysieńku i mnóstwa miodu:).

Niech żaden kłopot w głowie nie siedzi, 

Jusiek Ci życzy oraz Sąsiedzi:).

Edward lewo-nożyco-ręki

Mój Syn jest leworęczny. Nie ma z tego powodu wielkiego halo, z tym, że – wiadomo – pisze lewą ręką oraz kopie piłkę lewą nogą. 

Nie może pisać piórem, bo co napisze, zaraz łapskiem rozmaże i siema.

Myślałam, że wszystko poza tym jest w [prawej:] normie, kiedy ostatnio zabrał się ucinanie worka od kaszki Bobowita, lewą ręką, oczywiście, nożyczkami dla praworęcznych (bo są i dla leworęcznych, który to wynalazek posiada, ale w piórniku, w kuchni w szufladzie siedzą takie dla praworęcznych).

Ciacha ten worek, ciacha i dupa.

– Synu błagam – mówię – no nie mów, że nie umiesz worka uciąć. Zobacz – mówię i pokazuję i (oczywiście prawą) ręką jak ciąć.

Potem kulki się zderzają i przekładam nożyce do ręki lewej.

Ciacham, ciacham, ciacham, kurrrwa, i nic!

 

Wylądowałam, przeprosiłam i ucięłam mu ten worek, a historię opowiedziałam następnego dnia w pracy:

– Ej, a próbowaliście kiedyś ciąć lewą ręką?

Praca w naszym dziale na dobrą chwilę ustała: dalejże wszyscy w lewej ręce nożyce dzierżyć i ciachać. 

Badania wykazały, że zależnie od nożyczek (im większe tym gorzej) i od grubości tego, co się tnie (im grubsze, tym gorzej, oraz im bardziej śliskie, tym gorzej) cięcie lewą rękę wcale nie jest takie proste.

Jestem dumna, że takie wnikliwe badania wykonaliśmy. Jak tak dalej pójdzie będzie nas podnajmować NASA 😉 

Odeszła era ‚ej, pożycz zeszyt’

Drzewiej, pamiętam, było tak, że jak się nie poszło do szkoły, to się od kogoś pożyczało zeszyt.

Wiązało się to zazwyczaj ze ściśle ustalonym terminem zwrotu, albo wypożyczenia, bo można było pożyczyć, jak nie było nic zadane, na przykład, albo, trzeba było oddać na tyle wcześnie, żeby pożyczający mógł się jeszcze z tego zeszytu pouczyć.

Otóż wraz z whatsupem i smartfonami czasy te bezpowrotnie minęły.

Nie dość, że prześlą sobie zdjęcia wszystkich lekcji w sekundę, to jeszcze, jeśli natrafią na jednostkę bazgrzącą, tą samą lekcję skombinują sobie rach-ciach od kogoś mocniejszego w kaligrafii. 

Idzie nowe 🙂