Bojowniczki czy kretynki?


Zbliża się kolejny CZARNY PROTEST, i, przy tej okazji, myślę sobie ostatnio o nas, kobitach, jakie jesteśmy.

Z jednej strony walka o równość, protesty i wielkie słowa.

Oczywiście, to jest potrzebne, to jest ważne, bo (między innymi) dzięki takim akcjom niektóry wreszcie lądują i widzą, że nie jest tak, że mogą sobie wymyślić co im się żywnie podoba, a my będziemy cicho jak myszunie siedziały i czekały, co też nasi tfu, tfu ‘władcy’ dla nas przygotowali.

Mam jednak wrażenie, że to jest zwalczanie skutków, nie przyczyn.

Bo temu, jak jesteśmy traktowane, jesteśmy winne, w dużej mierze, same.

Z jednej strony czarny protest, a z drugiej co?

Wróci jedna z drugą z protestu (po pracy i po proteście – wiadomo), sprzątnie i zrobi obiad dla misiaczka, bo on głodny. W pracy był, to zmęczony, to sobie nie mógł zrobić.

Halo. A Ty, bojowniczko o równość nie byłaś w pracy? Twoja praca gorsza? Mniej męcząca?

No właśnie.

Protesty nic nam nie dadzą, dopóki nie zaczniemy WIERZYĆ i POKAZYWAĆ, że nasza praca TEŻ jest ważna, że TEŻ bywamy zmęczone i że naprawdę interesują nas inne rzeczy, nie tylko sprzątanie i gotowanie (zwłaszcza po pracy). Dla nas też istnieje świat poza domem, naprawdę (taką, przynajmniej, mam nadzieję ;).

Mam znajomą, której mąż nieustannie wtyka swoje zdjęcia na FB: a to leci balonem, a to jest w destylarni whiskey, a to pływa statkiem po Szkocji. Ona natomiast wkłada zdjęcie zazwyczaj swojej córki, głównie z domu, zazwyczaj bez siebie, gdyż po ciąży przybyło jej kilka[naście] kilogramów i ogólnie szału nie ma.

Patrzę na te zdjęcie i myślę sobie kim ona jest: wzorową matką i żoną? Czy kretynką?

Albo inna koleżanka opowiada (ze śmiechem na ustach), że ugotowała obiad, następnie po tym obiedzie zmywała, bolały ją plecy, to mąż, uwaga, pogładził ją po plecach, żeby jej ‘pomóc’, a potem, kiedy ona w końcu usiadła, zapytał: to może nalejesz nam drinka, to się napijemy.

A do tego jeszcze dochodzą patrzące na to wszystkie dzieci. W/w koleżanka ma dwóch synów. Jak myślicie, jak będą wyglądały ich małżeństwa? Będzie równy podział obowiązków? Buachachacha:) Oni 20 lat napatrzyli się na to, że w domu jest służąca i ten model zakodowali sobie w mózgu, moje Drogie.

Albo nasz pożal się Boże poseł Kukiz’15 Marek Jakubiak i jego super twierdzenie, że ‘feminizm kończy się tam, gdzie trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro’. No dobra, może Jakubik nie wie, że można wynająć firmę, która to zrobi i sam tą lodówę wniósł. Ile razy, drogie Panie, wnosi się do chaty lodówkę w życiu? Jeden? Dwa??? No. A ile razy się sprząta, prasuje i gotuje? 30 milionów razy w życiu? No właśnie.

Kobitki, nie róbmy z siebie kucharko-sprzątaczek, bo zawsze i dla wszystkich będziemy nic nie liczącym się zapleczem używanym jedynie do zapewnienia wiktu i opierunku.

Jeśli chcemy, żeby nas szanowano, najpierw musimy zacząć szanować się same. Przestać żyć jak ubogie służki, czekające na kiwnięcie palcem pana i władcy, tylko zająć się SOBĄ: mieć SWOJE hobby, SWOJĄ kasę, SWOJE koleżanki oraz wiarę, że jesteśmy WAŻNE. W domu, w pracy i wszędzie indziej.

Hej ho i do roboty :)

Mężczyzna, który gonił swój cień – David Lagercrantz

420 stron

Książkę kupiłam Mężowi na urodziny:)

 

Chociaż IV część Millenium, a pierwsza napisana przez Lagercrantz’a podobała mi się tylko do połowy, końcówkę, uważam, chłop spaprał, to i tak chętnie wzięłam do ręki cześć V, żeby zobaczyć, czy się ogarnął (tendencja zwyżkowa, jak mawiała moja pani od historii), czy też udupił ją kompletnie.

Miłe zaskoczenie – jest dobrze, a nawet bardzo. Oczywiście, że nie jest to Stieg Larsson, ale jest przyjemnie blisko, i akcja wartka i wątki się ciekawie z historią plotą. Jest i Lisbeth, jest Mikael i każde z nich jest sobą, takim SOBĄ jak było u Larssona, a to ważne i potrzebne i trzyma fajnie całość.

Ta cześć dotyczy, między innymi, bliźniąt i badań nad nimi, którym została poddana również Lisbeth oraz jej urocza siostrunia Camilla. 

Nie będę opisywać szczegółów, bo jeszcze wypaplam za dużo, a może ktoś nie chce tego wiedzieć, bo planuje zbadać rzecz sam, powiem tylko, że pan L. się zebrał i V cześć jak najbardziej przeczytać warto. 

(I tak wiadomo, że jak się przeczytało cztery części, to V tak czy siak się przeczyta, bo jak ktoś się już w Lisbeth i Mikaelu zakochał, to się tak łatwo odkochać nie da :).

Nowy rok [szkolny] – nowe wyzwania

Szkoła, chyba, do końca życia będzie generować te same zachowania 🙂

Pierwsze zebranie w V klasie i my, czyli rodzice, w okolicach 40-tki jak sądzę. Wszyscy grzecznie siedzimy w ławkach i notujemy co pani powie. I wszystko jest fajnie do momentu strasznego zdania, które to wypowiada wychowawczyni naszych dzieci, a mianowicie „proszę państwa, musimy wybrać trójkę klasową”.

Wtedy zapada grobowa cisza i WSZYSCY naglę spoglądają za okno. Ale nie tak troszeczkę, 200% wyglądania przez okno to jest. Niby każdy zadanie słyszał, ale NAGLE za tym oknem, to się tyle dzieje, że hej. I w chmurce nad każdym to samo zdanie ‚PLIZ NIE JA, PLIZ NIE JA’ :).

I siedzimy. 

Pani ponagla.

Śmieję się w duchu (między mantrą PLIZ NIE JA), że pewnie dzieci nasze lepiej temat ogarnęły. Tymczasem trójki klasowej nie ma, a widok za oknem już cały wypatrzony.

W końcu, myślę sobie: dobra, bo nigdy stąd nie wyjdziemy. „Mogę być skarbnikiem” – zgłaszam się i widzę na twarzach innych rodziców wielkie uff. Do tego zgłasza się jeszcze jeden chłop oraz pani przydusza jedną kobitę z trójki zeszłorocznej i mamy to :).

Czyli do przyszłego września spokój 🙂 

Kaprysik – Mariusz Szczygieł

208 stron, ale z licznymi obrazkami

Książkę kupiłam sobie sama, bo akurat kiedy jechałam do Empiku po odbiór innej, o tej Szczygieł opowiadał w radio. A że było po wypłacie, to zaszalałam 🙂

 

Jest to kilka opowiadań o kobietach, ale te opowiadania są serdeczne (tak by powiedziała moja Babcia Zuzia, gdyby żyła:). One nie są o słabych, wątłych paniach, które czekały z obiadkiem na swojego misia i na tym polegało ich życie (uff), ale o kobitach, które, właśnie, miały jakiś KAPRYSIK, miały coś swojego, o co walczyły, co im się podobało, co je od innych odróżniało i spośród innych WYróżniało.

Fajne i ciepłe.

Puszczam dalej w obieg, bo warto 🙂

13 powodów – Jay Asher

272 strony

Książkę kupiłam sobie sama (=3 dychy wyrzucone w błoto), a namówiła mnie do jej kupna Halina. Halinie podobał się również Grey, więc powinnam być czujna, ale nie byłam, więc mam za swoje.

Skończyłam ją tylko dlatego, żeby móc się przypieprzyć.

To lecę:

Ja pierdolę, ale gówno!

I jeszcze przeczytałam ją po ‚Małym życiu’, co jeszcze bardziej uwydatnia płytkość tej książki.

Historia jest o tym, jak nastolatka popełnia samobójstwo, ale przedtem wysyła do grupy swoich znajomych kasety, na których opowiada co było tego powodem (bo, między innymi, wybrali ją dla żartu pierwszą dupą klas pierwszych). Co gorsze, kaset słucha i komentuje podkochujący się w niej Clay Jensen, i te komentarze są chyba najgorsze.

Ja rozumiem, że to jest książka dla młodzieży, ale młodzież chyba też miewa mózgi?

I jeszcze te komentarze na okładce ‚Mroczna, piękna, olśniewająca’ pisze Chicago Tribune. Chyba jej nie czytali, sądząc po opisie 😉

 

Dla mnie dramat – nie radzę się zbliżać.

Oddaję zaraz do biblioteki, niech inni tez się pomęczą 😉

Babki z jajami i autorska teoria

Bardzo się cieszę, że w mym otoczeniu są babki z jajami. 

Jedną z nich jest moja Teściowa II (bo ja mam dwie, już mówiłam:). Ona właśnie, w wieku lat sześćdziesiąt kilku, zapisała się na niemiecki. Z Unii 🙂 Za darmo. I szczęście. Mówi, że pół lekcji, to jeszcze rozumie, a potem już nie i leci do domu i wszystko sobie na spokojnie czyta, żeby wylądować.

Teściówka nie jest skomputeryzowana, więc natychmiast wysłałam jej słownik 🙂

A jak jej napisałam, że słownik już leci i viel Gluck und viel Spass, to mi odpisała DANKE SCHON, FREUT MICH 🙂

A teraz dostałam od niej kartkę z Erfuhrtu – po niemiecku! 🙂 I dopisek (już po polsku), że znaczki i kartkę sama dzielnie nabyła :).

 

Moja Mama natomiast, której ostatnio ciut forma sportowa opadła (ale którą zabrałam do Doliny Baryczy, żeby się krzywa poprawiła;), zainstalowała sobie endomondo. I jakieś 5 x w tygodniu widzę na tymże endzie eleganckie kółko, jakie zatacza z kijami wokół swojego osiedla :). I jeszcze mówi, że dużo lepiej się czuje. 

Bosko 🙂

Ja mam taką (autorską, ale mam wrażenie, że znalazłabym dowody 😉 teorię, że trzeba się ruszać, trzeba wychodzić z domu i przebywać z ludźmi. RÓŻNYMI. Jak ktoś całe życie siedzi w chacie, na bank zdurnieje, a jak nie, to chociaż się do nieprzytomności upasie. Albo jedno i drugie (szach i mat;)

Małe życie – Hanya Yanagihara

813 stron

Książkę pożyczyła mi Sąsiadka, a weszła w jej posiadanie przez inną koleżankę, która przeczytawszy ją, posłała w obieg.

Po raz pierwszy usłyszałam o niej na spotkaniu z Joanną Bator, która mówiła, że aż tak jej się nie podobała.

Potem mama Sąsiadki opowiadała mi o niej (w lumpexie:), że nie dała radę przez nią przebrnąć.

A potem jeszcze Lasota moja mi mówiła, że ta książka się ciągnie na początku i za bardzo też jej nie wciągnęła.

 

Mi natomiast szalenie się podobała i bardzo mnie wciągnęła, od samego początku w zasadzie.

Opis na okładce głosi, że jest to historia przyjaźni i życia czterech przyjaciół (Jude’a, Willema, Malcolma i JB), ale żeby zrozumieć, o czym naprawdę jest, trzeba wiedzieć JAKIE oni mieli życie (zwłaszcza Jude) i jak to na nich wpływało. Ile musieli przejść, żeby stać się tymi, którymi byli i osiągnąć to, co osiągnęli. 

Wnioski z tej książki są takie, że ludzie są bardzo różni: od skrajnych popaprańców do cudownych i pełnych dobra. Ma jednak znaczenie których i kiedy się spotka. Oraz, że trzeba unikać opieki sprawowanej przez osoby kościelne jednej płci, bo mogą one przysporzyć doznań [niezapomnianych] do końca życia…

Lubimyczytać dało jej I miejsce w literaturze pięknej w 2016 i choć nie glosowałam, to się z werdyktem zgadzam.