To historia bardzo silnej dziewczyny, Grani, która straciła słuch w wyniku przebytej w dzieciństwie szkarlatyny, a mimo tego nie dała się wypchnąć poza krąg ludzi żyjących pełnią życia. Na swój sposób radziła sobie z tym, co życie jej przynosiło i wychodziło jej to niejednokrotnie lepiej, niż ludziom w 100% sprawnym fizycznie.
To historia jej miłości i małżeństwa z Jimem, przez którego większość jej mąż był na wojnie. Jej czekania na niego, jej życia podczas wojny bez niego. Szkoda, że właśnie temu wątkowi jest poświęcona największa część książki – mnie raczej interesowała Grania jako ona, opisy uczuć jej mężą podczas wojny są, według mnie, przydługim dopiskiem na marginiesie i choć całość czyta się generalnie dobrze, to chwilami miałam dość opisów Jima i wojny i czekałam na historie z życia Grani.
Jest to również opis jej przyjaźni z Mamo, jej babką, która ucząc ją mówić po chorobie otworzyła jej mnóstwo drzwi do świata słyszących.
Grania to pogodny typ silnego człowieka, który dał radę unieść to, co los przynosi, znajdując w tym pozytywne strony, może z wyjatkiem wojny, bo w niej naprawdę trudno doszukać się pozytywów. Czy utrata słuchu, czy szkoła dla niesłyszących z internatem, gdzie została odesłana jako dziecko i rzadko wracała stamtąd do rodzinnego domu, czy ciężka praca w hotelu rodziców – żadne z tych wydarzeń nie załamało jej, nie narzekała z tego powodu, nie czuła się gorsza.
Lubię takich ludzi, zarówno w książkach, a zwłaszcza na żywo.
Pozytywna histora, warta przeczytania. A Grania, z jej pogodą ducha i walecznością – warta naśladowania