Życie

Akcja rozgrywa się w ogródku, Syn z Małą Sąsiadką skaczą na trampolinie, żeby skakało się lepiej należy przynieść tamże wszystkie posiadane piłki i skakać z nimi.

– Ciooooociuuuuu! – wrzeszczy do mnie moja Mała Sąsiadka z trampoliny – a on (znaczy mój Syn) nie szanuje mojej praaaacy! Ja przynoooooszę piłki, a on je wyrzuuuuuuca!

– To się nazywa życie – komentuje Syn.

 

Jezu. No i skąd to dziecko takie wredne? 

(po tacie – wiadomo:)

Moje Córki Krowy – Kinga Dębska

Książkę przysłała mi Renatka i ostrzegła, że forma pisarska nie rzuca na kolana. 

Przeczytałam i rzecz potwierdzam.

Książka jest pisana rozdziałami o Marcie i Kasi, na przemian. O ile te o Marcie są znośne, tak te o Kasi dość mnie zmęczyły. Może chodziło o to, żeby wyraźniej pokazać jaka owa Kasia jest, ale chyba wyszło aż za dobrze, gdyż fragmenty o ciężkiej Kasi męczą :).

Historia jest o dwóch siostrach koło czterdziestki, którym nagle zaczynają chorować rodzice. Oboje na raz i oboje mają bardzo ciężkie choroby, trzeba się zająć rodzicami i sobą, choć nierzadko (zwłaszcza w przypadku Kasai) bywało, zdecydowanie, na odwrót. 

Siostry są od siebie centralnie różne, nigdy za sobą nie przepadały, ale teraz nie ma, że boli, trzeba się zebrać w sobie i działać. 

Najbardziej dramatyczne jest chyba z tego wszystkiego to, że jest mnóstwo takich dorosłych jak szanowna Kasia, dla których, kiedy matka umiera w szpitalu, a u ojca zdiagnozowana glejaka stopień czwarty, największym problemem jest to czy pojechać na wakacje do Egiptu, bo przecież już zapłacili. 

Można sobie zabrać ową lekturkę na wakacje i na plaży poczytać. Ale niekoniecznie. Albo zabrać coś jeszcze, w razie czego.

Albo najlepiej to obejrzeć film, bez czytania książki, bo jest o niebo lepszy.

No to siup!

Niedawno, w ramach Dnia Matki, zabrałam moją Mamę w góry. Spałyśmy w bardzo fajnym miejscu, z pysznym jedzeniem, położonym w pięknych okolicznościach przyrody i z tej okazji postanowiłyśmy napić się wieczorem winka. 

Poszłam więc do baru wybrać winko i pytam:

– A można na kieliszki?

– Można – rzecze pani – ale z całą butelką też sobie panie poradzą (się ma ten wygląd osoby niepijącej ;).

No to wzięłyśmy całą butelkę.

A że było znakomite, za jakieś pół godzinny odstawiłam na ladę pustą flaszkę oraz kieliszki 🙂

Kolejny wieczór, zamawiam kolejne winko (jak obchodzić Dzień Matki, to z pompą :), a ściślej mówiąc, kolejną FLASZKĘ winka.

Pani się uśmiecha i mówi:

– Miałam wam wczoraj mówić, że butelkę można na 2 dni sobie rozłożyć…

 

Rozkładanie, psze pani, to nie dla nas 😉

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach – Andrzej Stasiuk

Tą książkę pożyczyła mi Dziunia, czyli moja Teściowa II 🙂

Powiedziała, że fajna. A my gust książkowy mamy raczej podobny, więc i mnie bardzo się podobała. Na tyle, że zareklamowałam ją dalej i (za Dziuniowym pozwoleniem) książka właśnie leci do UK do Maryli 🙂

Jest to zbiór opowiadanek, baaardzo fajnych, zdystansowanych i nie nachalnych. Stasiuk stoi sobie z boku, gapi się i opisuje to, na co się gapi :).

Na przykład tak:

„…gdzieś między Szaflarami a Białym Dunajcem ma się poczucie, że wjeżdża się do jeszcze bardziej Polski, do Polski dwukrotnej, trzykrotnej, do Polski hard. Stopień wizualnego obesrania poboczy drogi numer 47 przywodzi na myśl zaplanowaną, celową i precyzyjnie odbytą zbrodnię na pejzażu, mord na cudzie świata, który nam podarowano. Jeśli jest pogoda, to w oddali widać te góry, te kilka czy kilkanaście prawdziwie skalistych szczytów, które dostaliśmy od losu czy historii, by móc je podziwiać, by chronić się w cieniu ich piękna. Lecz musimy na nie patrzeć poprzez obskurny majak, przez ten syf nieopisany poustawiany po jednej i drugiej stronie drogi. Tak sobie wyobrażaliśmy wielki świat i tak go zbudowaliśmy: z drutów, ceowników, folii, dykty, farby, blachy i plastiku. I teraz jedziemy przez jakąś poronioną Dolinę Jozafata i krwawią nam źrenice od tej gędźby obleśnej, od tej zachwalanki namolnej, że apartamenta, że koliby, że zbójnickie, że salceson po 6,50, że tam tylko po 5, że pajntbol i srajtpul, że gacie, że ogrodzenia, że jaskinia solna, że jama z gówna , że taki, śmaki, owaki, metr po metrze, płachta za płachtą, sztrajfa za sztrajfą, mamidło za mamidłem, baner, taka jego mać, za banerem, w otchłań dostępności, w bezmiar oferty, w nieskończoność satysfakcji oraz oraz spełnienia”.

Ładnie, prawda? 🙂

Plany dalekosiężne :)

Z powodu tego, co napiszę później, muszę wyjaśnić niebiegającym, że jak ktoś już jakiś czas biega, to umie przebiec 10 km w godzinę. Nie jest to żaden szał, a raczej norma. Przelecieć, natomiast, półmaraton (21,1 km) w 1,5 h jest wyczynem szalonym i tego większość biegaczy NIE potrafi 🙂

Wiedząc to, możemy lecieć z notką:

Dziś, Półmaraton Mietkowski, czekamy na mecie aż przybiegnie nasza koleżanka, ale zanim przybiegnie, patrzymy, siłą rzeczy na innych wbiegających.

Kiedy na mecie pojawia się pan lat około 70, wszyscy patrzymy na niego z podziwem i Aneta pyta Marcina:

– A ty co będziesz robił po 70-tce?

– Będę, kurde, biegał na 1h 30!

– Ta. Chyba dziesiątki 🙂

 

Wielokrotnie już wspominałam, że na kolegów z pracy można liczyć zawsze 🙂 NAWET po 70-tce, jak się okazuje 🙂

Wielki wóz

Impreza integracyjna jakiś czas temu.

Udział biorą: dobrze zrobiona koleżanka + dobrze (lepiej:) zrobiony kolega, co ważne, posiadacz srebrnej vectry combi.

 

Koleżanka powróciła z tak zwanego dworu, wzdycha, chwieje się i rzecze z zachwytem:

– Widziałam wieeeelki wóz!

– O – wtrąca się kolega – a srebrny był?

– Nooo – odpowiada koleżka, i choć jest już w środku, kieruje oczy w stronę nieba. 

– To może mój – kwituje krótko kolega.

 

Ta 🙂 Bywają noce podczas których dzieją się różne cuda 🙂

Dobra krew – w krainie reniferów, bogów i ludzi – Magdalena Skopek

Przeczytałam kiedyś o tej książce w Wysokich Obcasach i z okazji urodzin kupiłam ją Kubie :).

Sztuczka z kupowaniem przyjaciołom książek, które by się samemu chętnie przeczytało, nie jest dla mnie nowa 🙂

Po jakimś czasie dotarła więc do mnie 🙂

Jest to dziennik podróży kobity, która wybrała się na Jamał. Jamał to, jak głosi opis na okładce, ‚największy zbiornik gazu i jeden z najbardziej strzeżonych regionów świata. Obcym wstęp wzbroniony. Półwysep jest słabo zaludniony, warunki wyjątkowo surowe, a życie człowieka zależy od reniferów, które są wszystkim: jedzeniem, ubraniem, schronieniem, przyjacielem i środkiem transportu.’

Historia świetna. Niesamowite jest to, że w naszych czasach żyją ludzie, którzy z własnego wyboru mieszkają w tundrze w czumach, żywią się surowym mięsem i piją krew reniferów (głównie dlatego, że na cokolwiek innego przez większość roku nie ma co liczyć, bo jest po prostu, za zimno). W tych warunkach żyją, gotują, przemieszczają się i mają dzieci. Szyją ubrania ze skór reniferów i bobrów, a dla ocieplenia girek używają trawy napychanej do kaloszy. 

Mają swoje historie, swoje zwyczaje oraz swoje gusła i zabobony, jak zwykł mawiać mój wujek :).

Warto książkę przeczytać, żeby zdać sobie sprawę, że DA się żyć w na prawdę ciężkich warunkach, bez wygód, które my, mieszkańcy w Europy, mamy zawsze i wszędzie i uważamy je za podstawy, które MUSZĄ być zapewnione. 

Cieszę się że pani Skopek się tam wybrała, rzecz zbadała i opisała. Szacun dla niej.

Mnie by raczej na tego typu przygodę nikt nie namówił :).