Moje Córki Krowy – Kinga Dębska

Książkę przysłała mi Renatka i ostrzegła, że forma pisarska nie rzuca na kolana. 

Przeczytałam i rzecz potwierdzam.

Książka jest pisana rozdziałami o Marcie i Kasi, na przemian. O ile te o Marcie są znośne, tak te o Kasi dość mnie zmęczyły. Może chodziło o to, żeby wyraźniej pokazać jaka owa Kasia jest, ale chyba wyszło aż za dobrze, gdyż fragmenty o ciężkiej Kasi męczą :).

Historia jest o dwóch siostrach koło czterdziestki, którym nagle zaczynają chorować rodzice. Oboje na raz i oboje mają bardzo ciężkie choroby, trzeba się zająć rodzicami i sobą, choć nierzadko (zwłaszcza w przypadku Kasai) bywało, zdecydowanie, na odwrót. 

Siostry są od siebie centralnie różne, nigdy za sobą nie przepadały, ale teraz nie ma, że boli, trzeba się zebrać w sobie i działać. 

Najbardziej dramatyczne jest chyba z tego wszystkiego to, że jest mnóstwo takich dorosłych jak szanowna Kasia, dla których, kiedy matka umiera w szpitalu, a u ojca zdiagnozowana glejaka stopień czwarty, największym problemem jest to czy pojechać na wakacje do Egiptu, bo przecież już zapłacili. 

Można sobie zabrać ową lekturkę na wakacje i na plaży poczytać. Ale niekoniecznie. Albo zabrać coś jeszcze, w razie czego.

Albo najlepiej to obejrzeć film, bez czytania książki, bo jest o niebo lepszy.