All Fall Down – Jennifer Weiner

Książkę dostałam od Maryli. Ilekroć Maryla sunie do PL pyta mnie, czy czegoś z UK mi trzeba. 

Zazwyczaj jest to herbata Lady Grey, ale tym razem poprosiłam ją jeszcze, żeby wybrała się do czariciaka i coś do czytania dla mnie wygrzebała.

Przywiozła mi trzy książki, ‚All Fall Down’ to jedna z nich. 

 

Jest to historia uzależnienia. Nie tak dramatyczna jak ‚Milion Małych Kawałków’ Jamesa Freya, która, póki co, wygrywa u mnie konkurs na ‚książkę o uzależnieniu’, ale również dobra. 

Tu w uzależnienie wpada kobita dobrze sytuowana, wykształcona, szczęśliwa mężatka, z dzieckiem i dużym domem. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, jednak rzeczywistość zaczyna przytłaczać, obowiązków robi się więcej i więcej i ogarnięcie wszystkiego staje się coraz trudniejsze.

Wtedy koleżanka poleca jej Vicodin (pamiętam Vicodin, Dr HOUSE go brał:) i od tego się wszystko zaczyna. Najpierw jedna tableteczka czasem. Potem jedna dziennie, a potem, mimo zleceń, żeby brać JEDNĄ co cztery godziny, są CZTERY co GODZINĘ. W 1,5 dnia idzie 150 sztuk. 

Przy tym wszystkim pani uważa, że wszystko jest spoko i że nie trzeba jej pomocy.

Tak jednak nie jest.

‚…but the sense of that morning had never left me, the idea that everything could change with just one wrong turn. There was a paralell universe that ran alongside the normal world, and if you went through the wrong door, or turned left instead of right, ran up the street instaed of down it, you could accidentally push the curtain aside and end up in that other place, where everything was different and everything was wrong.’

Życie można sobie spieprzyć szybko, w dwie minuty można zapodać grunt pod 40 gównianych lat (znam przypadki), i tej pani się PRAWIE się to udaje.

Dobrze się czyta.

Szukałam polskiego tytułu, ale nie widzę – może jeszcze nie przetłumaczono.

Tak czy siak – polecam 🙂

Napoczęty kolonista

W tym roku Syn nasz pierwszy raz pojechał na kolonie.

Fajnie, bo to kolonie piłkarskie, więc ruszyli z całą bandą kolegów + ze znajomym trenerem. 

 

Drugi dzień, dzwoni i donosi:

– A wiesz o której poszliśmy wczoraj spać?

– O której? – pytam

– O pierwszej! 

– I co, żyjesz, Synu? Czy śpisz?

– Nieeee, mamo! Jestem napoczęty!

 

To spoko 🙂

Ogarnięcie wczesnomęskie

Ponieważ jest czerwiec i w szkole odbywa się już raczej Wielka Improwizacja, a nie lekcje, Syn co chwila ma inne zamiast-szkolne atrakcje.

Dziś na przykład szli kibicować.

Był nawet wymóg zrobienia pomponów (ufff, miałam jakieś w domu) i stawienia się w szkole w celu wyżej wspomnianej czynności.

 

Dzień przed imprezą Syn zadzwonił jeszcze do dwóch kolegów upewnić się GDZIE będą kibicować i obaj świetnie poinformowani koledzy potwierdzili, że na basenie.

Syn zabrał basenowe klapki, a kolega przygotował plakat MY PŁYWAMY JAK DELFINY, BO DO 26 CHODZIMY.

I byliby najlepiej przygotowanymi kibicami na ziemi, gdyby nie jeden mały szkopulik: kibicować poszli na boisko, na zawody lekkoatletyczne :).

 

Ech, miało być jak nigdy, a tu ani człowiek nijak klapek nie założy, ani, tym bardziej, plakatu nie rozwinie;).