Czasomierze – David Mitchell

‚Czasomierze’ dostałam od Renatki na urodziny.

Książka jest dość długa (666 stron) i trzeba czytać ją uważnie, bo dużo się dzieje, ale że akurat dokańczałam chorować po mej górskiej wyprawie, to spokojnie mogłam czytać do 2-3 w nocy :), co, niniejszym, czyniłam.

Jest to historia życia Holly Sykes, której życie jest niezupełnie zwyczajne. Na przykład słyszy głosy, które jednak później jednemu specjaliście udaje się uciszyć oraz jedna starsza pani prosi ją o udzielenie schronienia. Minie parę stron, zanim czytający się dowie wszystkiego o źródle i głosów i o co chodziło z owym schronieniem. 

Pomimo, że nie jest to książka w moim stylu, bo są tam elementy science-fiction, lekkich czarów i tego typu guseł i zabobonów;), to bardzo mi się podobała i nie mogłam się od niej oderwać. 

Serdecznie polecam, nawet tym, którzy nie leżą z gorączką w łóżku 🙂

Babie lato – Philippe Besson

Książkę pożyczył mi właściciel Gościńca Rajec w Rajczy 🙂

Dopadło mnie bowiem jakieś choróbsko, objawiające się gorączką, więc zamiast iść w góry, musiałam zostać w domu w pozycji ‚padnij’. W tej pozycji bardzo dobrze jest mieć co czytać, a jedyną książkę, którą miałam, skończyłam dzień wcześniej. A że księgarni w Rajczy nie ma, pan zaoferował mi książkę ze swoich zbiorów :).

To jest ten tym opowieści, o którym mój Mąż powiedziałby, że ‚nic się tam nie dzieje’. Jest to historia jednego wieczoru, jest knajpa, jest kobieta z martini przy barze, jest kelner i jest facet, który pojawia się w knajpie niepodziewanie. Kobitka od martini czekała,co prawda, na innego, ale przyszedł ten. Jak się okazuje, jest to jej ex-miłość, która porzuciła ją dla innej. To spotkanie sprawia, że muszą kilka spraw poruszyć i do kilku spraw wrócić. 

Spokojne opowiadanko, idealne na dni z bolącym baniakiem 🙂

Najgorszy człowiek na świecie – Małgorzata Halber

Książkę pożyczyła mi Sąsiadka, pochwaliła się bowiem, że ją ma, a ja kiedyś gdzieś czytałam, że dobra, więc pożyczyłam.

Zaczęłam ją czytać w samochodzie, jadąc na wakacje (spokojnie, byłam wtedy kierowcą;) i poczułam się nieco jak na spotkaniu AA, bo ta książka jest o uzależnieniu od alkoholu i trawy. Ostatnia, którą przeczytałam, była o uzależnieniu od tabletek, dla odmiany. Tematyka, prawda, wakacyjna ;).

Historia uzależnienia jest podobna do tego z poprzedniej książki: kobita jest wykształcona, ma dobrą pracę i dobrze zarabia, jednak ogarnianie życia na trzeźwo zdecydowanie jej nie idzie. Strach przed praktycznie wszystkim na trzeźwo jest tak wielki, ze zaczyna pić już w podstawówce i tak trwa to i trwa. Aż pewnego dnia postanawia, że czas z tym skończyć. Tradycyjnie, jak każda osoba uzależniona przez bardzo długi czas uważa, że ejjjjj, przecież nic jej nie jest i że może sama przestać i że luz. Otóż nie luz i sama przestać NIE może. 

Wychodzi z nałogu, ale nie jest to wyjście szybkie, łatwe i przyjemne, są potknięcia, są nawroty, są problemy. I pilnować trzeba się cały czas, bo uzależnionym jest się do końca życia, niestety.

Gdzieś w tej książce było napisane, że kiedy człowiek jest trzeźwy, to ma jasny obraz całości. A niektórzy ludzie panicznie się boją tego jasnego obrazu. Wolą czegoś nie widzieć, albo widzieć to innym niż jest w rzeczywistości. Takie życie, to jak pływanie w płetwach: pływasz pięknie i szybko, ale tylko jak masz płetwy na girach. Zdjęcie płetw powoduje, że idziesz na dno, albo kompletnie nie nadążasz za resztą.

Historia smutna i bardzo prawdziwa. 

Wygrana

Pisałam już pewnie kilka razy, że mamy najnfajniejszych Sąsiadów na świecie, którzy, w dodatku,  mieszkają 20 m od nas:). W związku z czym często wiedziemy życie wspólne, a już na pewno wspólnie żyją nasze Dzieciary. Oraz wspólnie je żywimy. Polega to zazwyczaj na tym, że w dwóch domach są dwa różne obiady, a Dzieci suną tam, gdzie im bardziej pasuje. 

Niedawno dzwoni Sąsiadka:

– Mam dziś na obiad potrawkę z kurczaka, a ty?

– Mielone i mizerię.

– Oooo, to wygrasz!:)

I tak, Drodzy Państwo, mnie, osobie gotującej rzadko i niechętnie, udało się wygrać konkurs na obiad 🙂

Master-PRAWIE-SZEF

Kolonijnie

Dziś nasz Syn powrócił z pierwszych w swym życiu kolonii. 

Cała grupa ma się dobrze, wróciła dość smukła (kolonijny atak jelitówki), ale opalona i szczęśliwa. 

Wypad trwał 9 dni.

 

Rozpakowuję Synowe ubrania:

– Synu, chodziłeś we wszystkim?

– Nie wiem. Ubierałam to, co mi w ręce wpadło. I co wydawało się czyste. 

Męski sposób na modę 🙂

 

Przy kąpieli natomiast Mąż prosi: 

– Synu, tylko włosy i całe ciało wyszoruj.

– Tato. Ale włosy wczoraj myłem.

– Dobrze, dzisiaj też wymyj. A ta czerwona kreska na twarzy co?

– A to z meczu Polska – Portugalia.

– Synu, ten mecz był w zeszły czwartek. Ty się chyba wcale tam nie myłeś?

– Myłem się tato. CZTERY razy.

 

Nasz czyścioszek 🙂

Wędrowanie i inne atrakcje

Ostatnie trzy weekendy to dla mnie głównie wydarzenia sportowe, w wieeelkie atrakcje obfitujące.

18/06 biegłam 4 PKO Nocny Półmaraton Wrocław. Biegło 10 000 osób! Nigdy jeszcze nie leciałam w taaaaakiej grupie! Startowałam z 4 (chyba) strefy czasowej (2.01 – 2.15) – ilość startujących była tak duża, że nasza strefa ruszyła o 22:22! 🙂 Życiówki nie było, ale przeżycie duże. No i 7 minut lepiej niż w roku ubiegłym 🙂

26/06 wybraliśmy się z Mężem na rower. Naszym celem była oddalona o 30 km miejscowość i zastanawialiśmy się jak będzie z powrotem i czy damy radę wrócić. Jechało się nad wyraz elegancko, w związku z czym zamiast 60, pyknęliśmy 87 km :). Jest to mój rekord, jeśli chodzi o jednorazowy dystans przejechany rowerem 🙂

Ale to wszystko nic.

1/07 ruszyłam na VI Wielkie Wędrowanie z Gildią Przewodników Sudeckich. Już dwa lata przyglądaliśmy się temu wydarzeniu z moim górskim kumplem Jackiem i za każdym razem wzdychaliśmy: o, poszli… W tym roku Jacek zarządził, że koniec wzdychania i nas zapisał :), czyli PRZEŻYJ TO SAM. Nie daliśmy rady przejść całej stówki (tyle ma pełny dystans), jednak maszerując 29 godzin przeszliśmy 88 kilometrów i doszliśmy z Jeleniej Góry do Sokołowska :).

Tym razem zostało pobitych kilka rekordów: na pewno czas bycia w trasie (29h), ilość nieprzespanych godzin ciurkiem (41!), ilość przebytych kilometrów (88). Do tego dochodzą rekordy dramatyczniejsze: stopień zmęczenia, obolałych mięśni i gir. I może własnej głupoty, bo przecie cała ta akcja z własnej nieprzymuszonej woli :).

Ale nic to 🙂 W przyszłym roku znów się wybieramy 🙂

Za-informacja

Kolonia trwa, a ja się zastanawiam skąd nasz Syn bierze przedrostki do słów 🙂

Raz dzwonił i był NApoczęty, nie WYpoczęty.

 

Kolejna rozmowa:

– Mamo, wiesz co? Jakaś zaraza jest. Wszyscy rzygają.

– O. To słabo. A ty? 

– A nie, jak OK. Wiesz mamo, ja cię tylko chciałem o tym zainformować. 

 

Tak, tak, nie ma to jak konkretna kolonijna ZAinformacja 🙂