Korzystając z nieobecności mego Syna i Męża, przeleciałam się wczoraj po sklepach w galerii w naszym mieście.
Przeleciałam i bardzo się ucieszyłam, że mam ubrania z poprzednich lat/sezonów i że nie będę zmuszona niczego kupować teraz.
Bowiem mody, jaka zakrada się do sklepów, nie można nazwać entuzjastyczną ani user friendly :).
Kolory jakie będą królować tej jesieni, to pogodny czarny, bordowy (moja babcia miała moherowy beret w tym kolorze) oraz brązy (ale te brzydsze).
Kolory, powiedzmy, można by jakość znieść, ale niestety, do tego dochodzi krój, czyli:
Przede wszystkim, wszystko musi być za dużym, rozwleczonym dresem.
Albo być powłóczystą, niekształtną szmatą (najlepiej brązową), czasem w liście, również brązowe. Jakby się w takowej stylizacji umieścić pod drzewem, nikt Was nigdy nie znajdzie).
Absolutnie wykluczone są akcenty jasne i wesołe – po włożeniu w/w wspomnianego odzienia depresja jest gwarantowana.
Jednak coś, co wydało mi skrajnie najgorsze i nawet brzydziłam się tego dotknąć, to były kamizelki ze sztucznego zamszu (brązowe, a jakże) z frędzlami. Nie, nie frędzelkami 5 cm, z FRĘDZLAMI po 30 cm.
Na świecie są może 4 osoby (licząc entuzjastycznie), które w czymś takim będą wyglądać dobrze.
Ja, oczywiście, do tej czwórki nie należę.
Ale, jak wspomniałam, to nie mój problem, bo, na szczęście, jestem odzieżowo zabezpieczona.
W ramach WALKI Z CZARNOŚCIĄ, BORDEM I BRĄZEM kupiłam sobie pierdolnięte balerinki z kokardą. Różowe 🙂