Dziś mieliśmy taką przygodę, że nie wiem jak to odczytać: czy, że złego licho nie bierze, czy, że ktoś/coś gdzieś za nas trzyma kciuki.
Wracaliśmy sobie od Teściowej I, czyli ze Szczecina. Jakieś 40 km od domu, mknęliśmy główną i nagle, kątem oka (kierował mój Mąż) zobaczyliśmy na podporządkowanej samochód, pędzący w naszą stroną. Ostatnią myśl PRZED, którą pamiętam, brzmiała: ‚ale on zapierdala’.
Kolejną rzeczą, gdy otworzyłam oczy był fakt, że stoimy, że był straszny trzask i że wystrzeliły wszystkie możliwe poduchy.
Zapytaliśmy siebie i Syna czy wszystko ok – i, co ciekawe – było.
Okazało się, że obróciło nas o 180 stopni, a w samochodzie jest pełno dymu.
Syn mówił, że musi wysiąść, jakiś facet otworzył drzwi i zapytał, czy z nami wszystko ok. W ręku miał telefon, dzwonił na policję/pogotowie.
Gdy wysiedliśmy, okazało się, że przód jest cały skasowany, że samochód zaczyna się w zasadzie tam, gdzie koło.
Nam się NIC nie stało.
Nie licząc stłuczonych rąk (Męża – lewa, moja – prawa) wyszliśmy z tego praktycznie bez szwanku.
Noworoczny cud?
Ostrzeżenie czy nagroda? 🙂