Białystok – biała siła, czarna pamięć – Marcin Kącki

280 stron, książka jest Rodziewiczów

Świetny reportaż. Cytując za opisem na okładce:

„Białystok. Według rankingu „Guardiana” żyje się tam lepiej niż w jakimkolwiek innym polskim mieście, lepiej nawet niż w Wiedniu czy Barcelonie. To na Podlasiu mieszkali obok siebie Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i Tatarzy. To tu narodził się język esperanto i tutaj przyszło na świat pierwsze polskie dziecko z in vitro. Jak doszło do tego, że w medialnym przekazie dominują płonące mieszkania, swastyki na murach, antysemityzm, rasizm i kibolskie porachunki?

Marcin Kącki szuka śladów wymordowanych sąsiadów, przygląda się krwawiącej hostii z Sokółki, czyta tablice pamiątkowe i akta prokuratorskie. Rozmawia ze społecznikami, z przedstawicielami władzy i Kościoła, z mieszkańcami wsi i bloków, z młodymi neofaszystami.

Z tego wielogłosu wyłania się złożona historia „miasta bez pamięci”. Mocna książka pisana w bezlitosnym świetle reporterskich reflektorów, bez taryfy ulgowej, ale i bez jednoznacznych ocen”.

Od siebie dodam, że w tej książce bardzo, BARDZO widać, jak wyznanie chrześcijańskie dewastuje nasze mózgi :(. Twór, który, teoretycznie, ma nauczać dobra i miłości drugiego człowieka, wręcz przeciwnie, generuje u swych wyznawców zamknięcie się na wszystko, co nie ich, nawołując do zapomnienia/zadeptania/zniweczenia wszystkiego, co kościółkowe nie jest. A ludzie z wypranymi mózgami nie są w stanie choćby spojrzeć na boki i dostrzec, że istnieje coś jeszcze, coś oprócz tego ICHNIEJSZEGO, o zrozumieniu czegokolwiek spoza tego rowka, którym karnie podążają, jak im hierarchowie nakazują, nie wspominając. Dramat.

Nie twierdzę, że religia i wiara to coś złego, ale ich polska wersja, naprawdę, budzi grozę. Poziom zaślepienia jest niewiarygodny.

Na pocieszenie, na koniec 2 cytaty:

  1. Wierszyk Magdaleny Czapińskiej, który Szamatowicz (lekarz, który zaczął stosować in vitro w Białymstoku) powiedział w odpowiedzi do biskupa, który kazał mu zamknąć klinikę, bo „nie godzi się, by zabijano dzieci kosztem innych”:

„W departamencie spraw niebieskich

są moje akta personalne

i każdy krok mój pilnie śledzą

anioły twe transcendentalne.

Lecz gdy przed Tobą kiedyś stanę,

Sam chcę się z życia wytłumaczyć,

proboszcz by nie dał rozgrzeszenia,

a Ty zrozumiesz i przebaczysz.

Więc – póki żyję, myślę, czuję –

niech ręka boska broni mnie

przed pychą i nadgorliwością

Twych urzędników, Panie B.!”

Oraz ZAMIAST ZAKOŃCZENIA: ” Idea Zamenhofa [chłop, który stworzył esperanto], by ludzie żyli w zgodzie, zawarta symbolicznie w języku esperanto, została w 1977 roku wyryta na złotej płytce i umieszczona w sondzie Voyager, z pozdrowieniami dla obcej cywiliazcji. Sonda minęła Układ Słoneczny, jest dwadzieścia milionów kilometrów od Białegostoku i ciągle się oddala…”

Uff 🙂

A reportaż serdecznie polecam.

Wielki Gatsby

Netflix

Reż. Baz Luhrmann, 2013

Gatsby był moją lekturą na studiach, widziałam też dawno temu film z 1974 roku; książka i film mi się podobały.

Widziałam, że istnieje wersja z di Caprio, ale jakoś się nie składało, żeby to obejrzeć – do dziś 🙂

To jest melodramat, w skrócie chodzi o to, że biedny facet zakochał się w bogatej kobicie. Nie mógł jej poślubić, bo był za biedny – ona miała zaczekać, aż on się dorobi, ale wyszła za kogoś innego.

Mija 5 lat, biedny (kiedyś) facet (Gatsby) jest obecnie bajecznie bogaty, ale wszystko, co osiągnął w życiu robił dla Daisy, więc teraz pozostaje mu – bagatela – ściągnąć ją jakoś do swojego życia. A to nie jest wcale takie proste.

Film z 2013 roku jest trochę jak bajka: ujęcia i kolory kojarzyły mi się z nowym Sherlokiem Holmesem i trochę z Harrym Potterem. Świetnie pokazany przepych i Nowy Jork w tamtym czasie 👍. No i di Caprio – klasa jak zwykle.

Kto nie widział, a ma Netflixa, to bardzo polecam.

Szarlatan

Kino (tak, tak, póki można;) z Mężem

reż. Agnieszka Holland, 2020

Jest to historia czeskiego zielarza – uzdrowiciela – Jana Mikoláška.

Syn zielarza odkrywa w sobie ‚powołanie’ do leczenia (jeśli tak to można określić), najpierw udaje mu się wyleczyć gangrenę u siostry, potem, zachęcony swoim osiągnięciem, rusza na nauki do miejscowej zielarki, a po jej śmierci, zaczyna działać na własny rachunek.

Rzecz dzieje się w Czechach w niezbyt ciekawych historycznie czasach (Jan Mikolášek: 1887-1973), więc lekko facet nie ma, ale potrzebuje leczyć, bez tego wariuje.

Ciekawy i bardzo ładnie pokazany wątek jego związku z jego asystentem, Františkiem Palko.

Film nieco mroczny, ale bardzo ciekawy; zdjęcia piękne, polecam :).

Historia nowego nazwiska – Elena Ferrante

277 stron, pdf od Iwony

II-gi tom historii Eleny i Lili, dwóch przyjaciółek, które jeszcze jako małe dziewczynki postanawiają, że będą bogate.

Każda z nich zdobywa bogactwo (wewnętrzne i materialne) w inny sposób. Lila, która wyszła za mąż i ma tytułowe nowe nazwisko, ma, owszem, bogactwo (albo: przynajmniej nie klepie już biedy), nie ma jednak szczęścia, nie ma spokoju i nie ma też za bardzo sensu w jej związku i życiu.

Elena nie ma męża, nie ma nowego nazwiska, ma za to możliwość nauki, z której korzysta ile wlezie, jednak ale znów zawsze brak jej pewności zawsze uważa, że jest w cieniu Lili. I tak chyba zaiste jest.

Ech, nie jest łatwo lekko żyć, jak mawia ma matka Teresa🙂.

Książka dobra, może trochę za bardzo kobieco-wynurzeniowa jak dla mnie, ale czyta się dobrze.

Dziarskie z nich laski👌

Zabójcza biel – Robert Gilbraith

652 strony, twarda okładka, co jest dość istotne, kiedy książka spada człowiekowi nocą na łeb (mi spadła 🤦‍♀️), pożyczona od Karoliny

Kolejny fajny kryminał ze Strikiem i Robin, znów Londyn i znów plątanina wątków. A wszystko zaczyna się od tego, że do agencji wpada wyglądający na psychicznie chorego facet i mówi, że 20 lat temu byl swiadkiem jak ktoś zamordował dziecko i zakopał je koło konia owinąwszy w różowy kocyk.

Facet wygląda na oszołoma, ale ten kocyk nie daje Strikowi spokoju, bo wydaje się zbyt charakterystycznym i zbyt dobrze zachowanym w pamięci szczegółem, więc zaczyna się sprawie przyglądać.

A że sprawa łączy się ze śledztwem, które zlecił mu szanowny pan minister, akcja zaczyna się elegancko rozkręcać.

Dobra akcja i dobra książka, polecam 👌🙂.

Maja the kot

Kotowa jakoś szczególnie nie jestem: mieliśmy owczarka niemieckiego przez lat 15, było to psisko mądre i bojaźliwe i sikające na nasz widok z radości przez jej całe życie. Nawet mieszkanie w bloku z nią nie wydawało się trudne, bo psisko było naprawdę w dechę.

Niestety, koniec był ciężki, więc każde z nas postanowiło, że zwierzyny mieć nie będzie, bo raz – żal, że my cały dzień w robocie, a zwierzyna sama w domu, dwa, że wyjazdy w razie posiadania trzeba dostosowywać do zwierza, a nie do siebie, więc – nie.

CO INNEGO to zwierzyna sąsiedzka: moi sąsiedzi mają kota, Majkę. Majka jest przeciwieństwem mojego psiska: wszystkich ma w dupie, a jak się położy na plecach i ktoś chce ją pomacać po brzuchu, to wydłubie pazurem oko i siema. Suka i tyle🤪. Mimo tego, przez lata gadam do niej i czasem ją głasknę (po plecach) i w tym roku (a może w zeszłym?) nasza znajomość stała się bliższa: latem zdarzało nam się razem leżeć na huśtawce, lub obok:

hrabina Maja i mój podrabiany Crocs 😉

oraz zaczęłyśmy razem wieszać i ściągać pranie ;):

Tu akurat Majka stara się równo rozprowadzić swoje futro na świeżo wypranych ręcznikach 😉

Maja pomocnica 🙂

Najwyższy level spoufalenia jednak osiągnął mój Syn, który poszedł spać na huśtawkę w ogrodzie, a Majka, (bardziej z braku miejsca dla siebie niż z miłości, znając ją 😉 uwaliła mu się na brzuchu i w tymże miłosnym duecie wesoło sobie drzemali.

Zdjęcia, niestety, nie mam.

W razie dalszych spoufaleń, o sprawie niezwłocznie doniosę 🙂

Nadzieja – autorzy zebrani

482 strony, książka jest moja, nabyta w Biedrze 🙂

Jak głosi info na okładce „Polscy pisarze niosą pomoc w czasach pandemii. Książka – cegiełka akcji charytatywnej „NADZIEJA””. W/w Polscy pisarze to, między innymi, Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk, Mariusz Szczygieł czy Jacek Denhel, więc na bogato.

Jest to zbiór opowiadań, lepszych i gorszych, krótszych i dłuższych, typu różnego. Czyta się je bardzo sympatycznie.

Jedno z nich, na przykład, jest o tej babce, która pierwsza z kobiet pobiegła maraton:

„Odebrała mama i chociaż nie miała za bardzo pojęcia , czym jest ten konkretny maraton, życzyła mi wszystkiego dobrego i powtórzyła to co zawsze w takich sytuacjach, na przykład wtedy, gdy chciałam zostać cheerleaderką, a rodzice namówili mnie na drużynę. To nie ty masz kibicować komuś, to ktoś ma kibicować tobie, życie jest po to, żeby żyć, a nie tylko się przyglądać.”

Dobre 🙂

Podobnie jak opowiadanka.

Podlewaczka

Dość często podlewam kwiatki w biurze i dość często je PRZElewam. Żeby nie było, że zła ciocia i roślinkom wody żałuje – jak podlewam – lecę grubo.

Symptomy przelewactwa są najbardziej widoczne na dużym kwiatku z parapetu, bo woda z owego parapetu ścieka po ścianie na podłogę, tam robi się kałuża, którą zauważa Karol, rzucając nieprzyjemne uwagi typu ‚Przynieść mop?’.

Drugim punktem krytycznym jest [pęknięta] doniczka obok Kiercia, która przecieka, bo pęknięta i bo przelana:).

Ostatnio znów podlałam kwiaty na bogato, więc Kiercio, brodząc w [wylanej z donicy przy jego biurku:] wodzie rzecze:

– Aśka, ty jak podlejesz, to Breslał 97′. Tu już nawet na podłodze porobiły się takie zacieki.

Ja lecę po papierowe ręczniki, natomiast w biurze życzliwa dyskusja toczy się dalej; głos zabiera Marta:

– Kaktusy by u nas nie przetrwały.

– Nie pomagasz – mówię i zastanawiam się co się stało z legendarną solidarnością jajników.

– Kaktusy nie – wpada w zadumę Kiercio – ale ryż…

Nie wiem czy nie rzucić w pieruny funkcji podlewaczki 😉