Ktoś mnie uświadomił, że książka, którą niedawno czytałam, została zekranizowana, więc czym prędzej ruszyłam rzecz obejrzeć :).
Film mi się dość podobał, ALE myślałam sobie, że jest to jeden z trzech filmów, które lepiej oglądać nie czytając wcześniej książki. Oprócz ‚Zaklętych w czasie’ do tej grupy należą ‚Godziny’ i ‚Porozmawiajmy o Kevinie’.
Filmy są fajne, ale jak się wie, co było w książce, to w czasie oglądania bardzo widać czego brakuje, co zmienili, a co z-hollywood-zili.
Na przykład w ‚Zaklętych’ Henry musi udowodnić doktorowi Kendrickowi, że podróżuje w przyszłości.
W książce Kendrick mówi, że jego żona jest w ciąży i że będą mieli dziewczynkę.
– Nie mówi, Henry i daje mu kopertę i prosi, żeby otworzyć po urodzeniu dziecka.
W kopercie jest kartka, na której jest napisana data i godzina narodzin, waga dziecka, płeć (syn) oraz informacja, że dziecko ma zespół Downa. Oczywiście, wszystko się po narodzeniu zgadza.
W filmie Henry mówi tylko:
– Doktorze Kendrick, aplikował pan o cośtam (nie pamiętam) – dostanie pan to.
(ale nuda:)
W książce też jest tak, że jak Henry już nie żyje, przenosi się w czasie poza czas swojego życia i spotyka z córką, ale TYKO córka może go zobaczyć, Clare, czyli jego żonie nigdy się to nie udaje.
W filmie, naturalnie, się udaje 🙂
Mimo to, warto obejrzeć.