Chyba ZEN

Myśląc o swoim życiu, miałam taką opinię, (do niedawna), że rzeczywiście mam [za?:] dużo rzeczy do zrobienia, oraz [za?:] często nie ma mnie w domu, ale, że w tym wszystkim jest, wiadomo, ZEN i że sobie tak pływam od jednej czynności do drugiej, w błogim spokoju.

Tezę tą lekko obaliła najpierw moja koleżka, z którą przebywam rzadko i która zna mnie raczej słabo. Było tak: po przebiegnięciu półmaratonu w sobotę, w niedzielę, bo przecież wolne i pogoda ładna, to grzech siedzieć w domu, zorganizowałam wypad w góry (15 osób + 2 psy), zabierając swego Syna oraz córkę Sąsiadów (czyli jak zwykle). Na wycieczce, standardowo, robiłam zdjęcia i kiedy zaganiałam wszystkich, żeby na chwilę przyleźli, to cykniemy sobie grupowe z samowyzwalacza, mój kumpel zaoferował, że przyniesie mi pieniek, który będzie statywem. On leciał po pieniek, a ja  w tym czasie miałam mu trzymać psa. Pies się szarpał, ale kumpel doleciał, więc chlast, aparat na pieniek, samowyzwalacz uruchomiony, pies do kolegi, ja, sprintem, do zdjęcia. Usiadłam właśnie koło tej koleżanki, ona spoziera na mnie i pyta:

– Czy ty się kiedyś zatrzymujesz?

ZATRZYMUJESZ? Muszę w googlu znaczenie sprawdzić 😉

Ostatnio też wypunktował mnie Mąż, kiedy, oczywiście, robiłam ze 3 czynności na raz, plus wepchałam sobie orzeszki do gęby i zaczęłam do niego gadać. 

– Żono, mówi, znów to robisz, napchałaś sobie czegoś go buzi gadasz do mnie, przecież ja nic nie rozumiem. Usiądź i powiedz mi to spokojnie, ciągle gdzieś lecisz.

SPOKOJNIE? 🙂

Chyba zacznę od zakupów: melisa + nerwosol.

Ech, a zdawało mi się, że jestem uosobieniem spokoju 😉