Kluski rządzą

Ponieważ od 40 lat moje postępy w kulinarystyce są nieustająco jednakowe [żadne:], obiady jadam na stołówce w pracy.

Panie pracujące tamże to są takie kucharki, jak ze stołówki ze szkoły – wesołe i starsze i dobrze gotujące. Bardzo je wszystkie lubię i żarcie, które gotują – także.

Akurat była środa i drepcząc na stołówkę pomyślałam sobie, że może, skoro wczoraj jadłam pierogi, to dziś zjem jakieś mięso. Plan ten dotrwał do momentu, gdy spojrzałam na liczne dobra w witrynie, a wśród nich – knedle ze śliwkami.

Knedle ze śliwkami robiła mama mojej koleżanki, która mieszkała koło mojej babci i te knedle były boskie. Wciąż pamiętam 🙂

Więc projekt mięso – wiadomo – poszedł weg, zamawiam:

– Dzień dobry, poproszę knedle ze śliwkami.

– Ile?

– Siedem.

W tym momencie do jednej pani za ladą dołączyła druga:

– ILE!!!

– Siedem… – mówię – A co? Dużo?

– No… panowie brali po 4, wie pani…

– Proooszę pani, to słabiaki. Wezmę 6 w takim razie. I kompot 🙂

Na to wyłoniła się jeszcze jedna pani i rzekła:

– Bierz pani 7, małe są 🙂

 

No. To już wiecie dlaczego lubię naszą stołówkę 🙂

 

Mogłam wziąć 7. Super były 🙂