Pająken verbotten

Od zawsze nienawidzę pająków. 

Nienawiść ta zrodziła się we wczesnych latach mego życia, gdyż płynęło ono na parterze, dokąd wszelkie robactwo ciągnęło gromadnie.

Potem była chwila spokoju, 20 lat na piętrze dziewiątym. 

I teraz znów wylądowałam na parterze i do tego mam garaż. 

TAM mieszkają GIGANTY, MORDERCY i PAJĄKI GRIZZLY. 

Ilekroć sunę tamże, otwieram drzwi, odskakuję i czekam (prewencja, w przypadku, gdyby któryś chciał mi skoczyć na łeb). 

 

Ale zdarza się też , że ścierrrwo wlezie do domu. 

Rozwiązaniem w takich przypadkach jest wskoczenie na meble i darcie się wniebogłosy i tymże wniebogłosem Męża na ratunek przyzywanie. 

 

Ostatnio moje Chłopy poszły sprzątać do garażu. 

Wrócili, więc pytam (pytam, jakby byli na safari, a nie w garażu):

– A jak pająki? Były jakieś?

– No, odpowiada Mąż, dwa były takie, które by ci się spodobały. Na jakieś 80 decybeli je oceniłem. 

 

Myślę, że w najbliższym czasie nie wybieram się do garażu. 

W przeciwieństwie do pająków, zapewne :/

Co cza

Ostatnio spotkałam się z kilkoma dramatycznymi przypadkami tracenia życia na pracę. 

Rzecz dla mnie niepojęta. 

Dlatego szybko klecę poradnik co CZA zrobić, żeby się nie obudzić w wieku 50 lat ze spostrzeżeniem, że 97% wspomnień z naszego życia pochodzi z biura, zza biurka konkretnie, a istota, która generuje w nas najwięcej uczuć to PC. 

Co więc CZA:

– coś fajnego sobie zaplanować i na to czekać,

– kumplować się z ludźmi, którzy również na coś czekają,

– mieć chęć wyjścia z chaty, nawet w deszcz,

– mieć ogródek, w którym można ryć,

– mieć dom, który się kocha i do którego chce się wracać,

– zorganizować sobie odpowiednie osoby, wnętrze domu wypełniające,

– w każdym roku wymyślić sobie jakąś pierdołę do wykonania i plan zrealizować,

– przedkładać książkę nad raport w excellu, film w kinie nad inwentaryzację i kawę w kawiarni nad fochy kierownika,

– pamiętać o tym, że nikt nam drugiej młodości nie da,

– oraz o tym, że życie się na pracy nie kończy, a wręcz przeciwnie, ono się POZA pracą zaczyna. 

– No i weekendy w pracy. Surowo wzbronione:)

 

Ludzie, błagam, ŻYJCIE. 

Ceńcie swój wolny czas i swoje życie prywatne. MIEJCIE JE. 

 

Ufff, od razu mi się lżej zrobiło 🙂

(Tak sobie myślę, spozierając na górę strony, że za czasów PZPR byłby ze mnie niezły materiał na projektantkę napisów na suwnicach 🙂

Jak zrobić dobre wrażenie – antyporadnik

Jedna moja koleżanka, do której co jakiś czas chadzamy z dziewczętami na wódeczkę, ma syna. Syn ów jest już, na szczęście, w wieku odpowiednim do kierowania pojazdami, więc po akcji WÓDECZKA jest w stanie wszystkie pijane baby do domu poodstawiać, co też chętnie czyni. 

Ile więc razy się z nim spotykam, zawsze jestem nietrzeźwa. 

Ostatnim razem, kiedy odwoził nas z pracowej imprezy i kiedy znów ŻYCIE W TRZEŹWOŚCI nie było moją naczelną zasadą, mówię; 

– Słuchaj, to nie może tak przecie być, że ile razy się widzimy, zawsze jestem pijana. Może wybierzemy się do filharmonii, albo do opery, żebyś zmienił o mnie zdanie. 

No i dziś pojechaliśmy w góry. Ja – trzeźwy kierowca, od rana pracowałam nad zmianą swego wizerunku w oczach w/w młodzieńca. 

Szło mi bardzo dobrze do czasu, kiedy doszliśmy pod schronisko przy którym biegały koty. 

– A gdzie ona leci ? – zapytałam o jedną ze zwierzyn.

– To jest ON – poprawiła mnie koleżanka – matka. 

– A po czym poznałaś? – spytał syn (ten, w którego oczach próbowałam zmienić swój obraz)

– PO JAJACH! – wykrzyknęłam dumna ze swego, jakże zabawnego, żartu i wtedy kątem oka dostrzegłam twarz syna. Było jasne, że projeky ZMIANA WIZERUNKU nie zostanie na tej wycieczce zrealizowany. 

– A tak – przypomniałam sobie, zerkając na niego  – miałam robić dobre wrażenie….

Młodzieniec spojrzał na mnie bez zachwytu i rzekł:

–  To co? Może jednak do filharmonii? 

 

Ech.

Łatwo nie jest.

Outlook Express extremely personalized

Po latach nasza firma wpadła w końcu na pomysł porzucenia Lotusa (ufff 🙂 na rzecz Outlooka. 

Chyba każdy program do obsługi poczty jest przyjemniejszy od Lotusa, który, moim skromnym zdaniem, jest gówniany, zwłaszcza jeśli trzeba kopać w mailach z czasów mchu i paproci i coś tam znaleźć. Masakra. 

Mieliśmy nawet krótkie szkolonko, dzięki któremu przejście na nowy program miało być czystą żywą przyjemnością.

Poszło, o dziwo, dość gładko. Jak serwery ożyły, ma się rozumieć 🙂

Co się nam wszystkim spodobało to to, że sobie można różne rzeczy pod siebie poustawiać i taka się ma wtedy poszową własnościową pocztę. Bolszaja technika.

Z tą personalizacją trzeba jednak uważać, żeby maszynom za dużo nie wyjawić, gdyż może to użytkownika zgubić. Dziś na przykład, jeden z moich Kierowników wziął się za klepanie maila po niemiecku, klepie, kasuje, klepie, kasuje, klepie, kasuje, w końcu zirytowany podnosi głowę znad klawiatury i pyta:

– No ej! A czemu on mi ciągle gute podkreśla? Przecież dobrze napisałem!

– Może widzi, kto to pisze. Spróbuj schlechte, powinno zadziałać.

 

Już tego Outlooka lubię:)

Skóry życie po życiu

Dziś zadzwoniła do mnie ma Matka (Teresa) i zapytała życzliwie czy w jakimś konkretnym celu wpajam mojemu Synowi, że po śmierci SKÓRA idzie do nieba. 

Psiażeszmać!

Cały mój wykład czyli, o tym jak DUSZA (nie skóra, ani nie kości:) idzie po śmierci do nieba, został nie do końca dobrze zrozumiany 🙂

Co gorsza, Syn mój tak się przy tej podniebnej skórze uparł, że Babce centralnie powiedział, że różni ludzie mają RÓŻNE zdania na ten temat i że akurat ona widocznie ma INNE zdanie niż jego matka, czyli ja.

Dyplomata, kurwa 🙂

Tylko czekać co powie na skórę w niebie pani katechetka z przedszkola, która się zapewne o nowościach w świecie duchowym wkrótce dowie. 

Wtedy zapewne nasze skóry (wciąż żywe 🙂 na dywan zawezwie i je złoi. 

 

Miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze 🙂