Jedna moja koleżanka, do której co jakiś czas chadzamy z dziewczętami na wódeczkę, ma syna. Syn ów jest już, na szczęście, w wieku odpowiednim do kierowania pojazdami, więc po akcji WÓDECZKA jest w stanie wszystkie pijane baby do domu poodstawiać, co też chętnie czyni.
Ile więc razy się z nim spotykam, zawsze jestem nietrzeźwa.
Ostatnim razem, kiedy odwoził nas z pracowej imprezy i kiedy znów ŻYCIE W TRZEŹWOŚCI nie było moją naczelną zasadą, mówię;
– Słuchaj, to nie może tak przecie być, że ile razy się widzimy, zawsze jestem pijana. Może wybierzemy się do filharmonii, albo do opery, żebyś zmienił o mnie zdanie.
No i dziś pojechaliśmy w góry. Ja – trzeźwy kierowca, od rana pracowałam nad zmianą swego wizerunku w oczach w/w młodzieńca.
Szło mi bardzo dobrze do czasu, kiedy doszliśmy pod schronisko przy którym biegały koty.
– A gdzie ona leci ? – zapytałam o jedną ze zwierzyn.
– To jest ON – poprawiła mnie koleżanka – matka.
– A po czym poznałaś? – spytał syn (ten, w którego oczach próbowałam zmienić swój obraz)
– PO JAJACH! – wykrzyknęłam dumna ze swego, jakże zabawnego, żartu i wtedy kątem oka dostrzegłam twarz syna. Było jasne, że projeky ZMIANA WIZERUNKU nie zostanie na tej wycieczce zrealizowany.
– A tak – przypomniałam sobie, zerkając na niego – miałam robić dobre wrażenie….
Młodzieniec spojrzał na mnie bez zachwytu i rzekł:
– To co? Może jednak do filharmonii?
Ech.
Łatwo nie jest.