Historia dzieje się w Bieszczadach.
Mieszkaliśmy w Strzebowiskach. Faceci, którzy wynajmowali pokój w tej samej agroturystyce, a których regularnie spotykaliśmy w kuchni, powiedzieli nam, że próbowali dość na Jasło bez szlaku. Że poczytali w internecie jak się idzie, filmiki na youtubie pooglądali, że wzięli telefony z GPSem, że poleźli do lasu, że GPSy im się zdupiły i do dupy trafili, a nie na Jasło :).
I nas projekt NA JASŁO BEZ SZLAKU szalenie zaciekawił.
Jednak my zdecydowaliśmy się na metody konwencjonalne.
Najpierw zapytaliśmy panią z naszej agroturystyki czy zna drogę.
– Nie znam – rzekła pani – ale sołtysowa zna. Idźcie do niej, ona wam powie.
Droga na Jasło tak czy siak prowadziła w górę wsi, czyli obok domu sołtysowej, więc poleźliśmy.
Zadzwoniliśmy do drzwi, ukazała się w nich the sołtysowa, więc natychmiast zeznaliśmy co nas sprowadza.
Sołtysowa rzekła:
– Pójdziecie tam (tu nastąpił wskaźnik ręczny), dojdziecie do drogi, którą zwożą drewno, przejdziecie ją i dalej w górę. Traficie, prosta droga.
Musicie skręcić tam, gdzie kończy się asfalt (jak w Wąchocku ;), między dwoma płotami. Potem w lewo i w lewo.
Ruszyliśmy więc wedle wytycznych: gdy asfalt się skończył poszliśmy między płotami, potem w lewo i w lewo i minęliśmy tą drogę, którą zwożą drewno i wiecie co? 🙂 Trafiliśmy 🙂
Morał z tej wycieczki jest taki, że GPS nie ma żadnych szans z sołtysową. Bo GPS w lesie się gubi, a sołtysowa – nie 🙂