Kiedy Steve Jobs wiedział już, że jest chory, zlecił napisanie swojej biografii.
Wiedział też, że jej nie przeczyta. Może to i lepiej, bo JEŚLI by to planował, Isaacson musiałby ją poprawiać z trylion dwieście razy. I wersja papierowa pewnie musiałaby mieć zaokrąglone brzegi 😉
Podobała mi się.
Nie jestem sprzętomaniaczką i nie mam odpowiedniej wiedzy, żeby w sposób merytoryczny oceniać produkty Apple’a powstałe dzięki Jobsowi (chociaż, biorąc pod uwagę jego zachowanie, nie jestem pewna, czy słowo ‚dzięki’ jest odpowiednie, ‚pomimo’ zdecydowanie lepiej oddaje rzeczywistość ;).
Jestem natomiast pod wrażeniem chłopa siły i uporu. Że potrafił sobie coś wymyślić i sunąć do tego celu, nie zważając na nikogo i nic po drodze. Że potrafił wyrażać swoje zdanie BEZ owijania w bawełnę, bez względu na to, jakie mogą być tego konsekwencje. Bo w zasadzie chyba rzadko się ich obawiał, jak chciał coś powiedzieć, to mówił, i resztę miał w dupie.
Że potrafił przewidzieć CO, JAK i KIEDY zrobić, żeby ludzie szaleli.
Że miał taką moc, że pociągał tłumy.
POMIMO, że, nie bójmy się tego słowa, był raczej zapatrzonym w siebie dupkiem, miał gdzieś czyjeś emocje i uczucia, był wredny i chujowaty. A jednak udało mu się osiągnąć niebywały sukces, omamić ludzi i zmienić świat. Za to – szacun.
Ponieważ osobiście wolę współpracować z osobami z jajami, polotem i inicjatywą, i bez względu na to jak bardzo są popaprane, zdecydowanie wolę je od płynących z prądem wołowych dup, wcale nie dziwię się opiniom osób, które pracowały z Jobsem i długo znosiły go z całym dobrodziejstwem (złejstwem?) inwentarza, że uważają ten okres za jeden z cudowniejszych w życiu.
Zaiste ujmująca osobowość.