Muszę zaznaczyć, że ta książka jest z biblioteki.
Po jakiś 10 latach przerwy się zapisałam i jestem szczęśliwa 🙂
Nie wzięłam jej dlatego, żeby poczytać o strrrrrasznej walce z nałogiem i wychodzeniu z niego, bo o strrrrasznej walce z nałogiem to jest ‚Milion Małych Kawałków’.
Opis mówi, że chłop dał radę się uwolnić z nałogu i chciałam zobaczyć jak mu poszło. I dlaczego zaczął.
I bardzo mnie zainteresowało to, co pan Meszuge napisał, czyli, że alkoholizm to nie jest problem stricte alkoholowy, tylko problem dysfunkcji społecznej w człowieku. Że to jest pewien rodzaj strachu, niezgrania, niedopasowania się do reszty. I walki z tym strachem, zazwyczaj nieudanej. I Żeby przestać być alkoholikiem, nie wystarczy przestać pić, tylko trzeba sobie sporo w bani poprzestawiać. A do tego trzeba mieć jaja i moc, więc udaje się z rzadka.
I kiedy pomyślę sobie o alkoholikach, których historie znam dobrze (niektórych aż ZA:/), do każdego z nich mi ta dysfunkcja BARDZO pasuje.
Pod tym względem książka mnię spraw parę ‚rozjaśniła’ 🙂
Nie bardzo podobało mi się natomiast to, że pan wpada w klimaty, że Bóg otoczył go cudowną opieką, że się modlił itd i Bóg go wysłuchał. Takie ‚wyznania’ zawsze brzmią dla mnie obłudnie, być może dlatego, że znam co najmniej jedną osobę, która mówiła TAKIE rzeczy, że się wydawało, że ona i Bóg to niemal jedno, ale nie przeszkadzało jej to w byciu mendą dla otoczenia w międzyczasie. Więc jak słyszę, że czyjeś życie Bóg w cudowny sposób odmienił, jestem w stanie na miejscu się porzygać (tym razem się jednak jakoś powstrzymałam 🙂
Szacun dla chłopa, że dał radę.