235 stron
Książkę pożyczył mojemu Mężowi nasz wspólny kolega. Kolega, który jest biegaczem przez duże BE; niedawno, na przykład, przeleciał 120 km w Dolomitach. Czyli rzeźnik 🙂
Nie słyszałam wcześniej o autorze, a za książkę zabrałam się dlatego, że nie miałam do czytania już nic swojego. No i ten Djokovic mnie przecież zamęęęczył ;).
Koleś jest, to make long story short, wściekły. Wrzuciłam go sobie w googla i zbladłam 🙂 – sami zobaczcie co on wyprawia 🙂
Historia jest o tym, jak Jornet, chcąc się otrząsnąć po śmierci swojego przyjaciela, postanawia ruszyć do Katmandu, stamtąd do wioski Kyanjin, żeby następnie (nuda) z ośmiotysięcznika Gosainthan zjechać na nartach. Z minimalną ilością jedzenia i sprzętu, żeby było ciekawiej.
BARDZO się to dobrze czyta i to którędy idą, jak idą zmusza czytającego do generowania ‚WOW’ wypowiadanego w myślach raz po raz.
I jest mnóstwo fajnych przemyśleń, na przykład takich:
‚Marzenia stają się rzeczywistością, kiedy ryzykujemy ich realizację, a nie kiedy na starość przypominamy sobie o marzeniach, które kiedyś mieliśmy.’
‚T – A = 0, czyli Talks minus action equals zero’ (trza działać, a nie siedzieć i pierdolić – tłumaczenie moje 🙂
‚Szczęście jest jak uchwyt, którego szukasz, a kiedy już go masz, nie zdajesz sobie z tego sprawy. To działa wstecz – uświadamiasz to sobie dopiero po czasie. Szczęście możesz znaleźć w każdym miejscu, ale trzeba umieć je dostrzec, wiedzieć, że je masz.’ Stephane Brosse
Warto przeczytać, nawet jeśli jest się lichym biegaczem, jak ja 🙂